
PASIEKA DZIADKA OLESIA
Pasieka powstała w 1935 roku. Założył ją mój dziadek – Aleksander Koźliczak we wsi Dobrylas (Puszcza Kurpiowska Zielona).
Jako jedyny z całej rodziny interesował się pszczołami. Widząc te zainteresowania jego ojciec, a mój pradziadek - Władysław Koźliczak zakupił pierwszy, stary ul. Był to rok 1935, a ul miał już wiele lat. Dzisiaj już nikt nie pamięta skąd pochodził. Być może został wykonany jeszcze w poprzednim stuleciu. Przetrwał do czasów współczesnych i stoi dumnie w naszej pasiece z numerem pierwszym. Co ciekawe zamieszkuje go najlepszy z całej pasieki rój, dający najwięcej miodu.
Następny ul ofiarował dla dziadka Konstanty Żukowski ze wsi Dobrylas. Który był już wtedy bardzo znanym pszczelarzem. Były to czasy, gdzie większość rojów była trzymana w barciach wydrążonych w kłodach drzew, a tylko nieliczni mieli już ule tradycyjne, tzw. „warszawskie zwykłe” lub „ule Lewickiego”.
Osobą, która uczyła Dziadka Olesia pszczelarstwa był jego sąsiad Stanisław Żebrowski, którego Aleksandr wspomina niezwykle ciepło. Zachowała się m.in. stary, lwowski podręcznik pszczelarstwa z roku 1923 autorstwa Leonarda Webera. Z książką tą Dziadek Aleksander stawiał pierwsze „pszczelarskie kroki”. Jest to jeden z pierwszych eksponatów do muzeum historii pasieki.
W czasie wojny Niemcy stacjonujący we wsi Dobrylas powypalali pszczoły w pasiekach. Była to miejscowość graniczna, a w domu dziadków stacjonowali pogranicznicy okupanta.
Po wojnie ule zostały ponownie zasiedlone i pomału pasieka się zwiększała. Dziadek Aleksander zakupywał u innych pszczelarzy stare ule, które były już im nie potrzebne i zasiedlał je rozmnożonymi przez siebie własnymi pszczołami.
W roku 1953 dziadek, jako leśniczy zamieszkał najpierw we wsi Ruda Osowiecka (leśniczówka już nie istnieje), a w roku 1969 przeprowadził się do wsi Wyk (przysiółek leśny – Przeczniak). Budynek zachował się do dziś, choć obity sajdingiem... W przeprowadzce tej uczestniczyłem jako 4-letni chłopiec. Przypominam sobie to wydarzenie jako ciąg sań i wozów wiozących zimą cały dobytek dziadków. Z nami przejechała też pasieka pszczół.
W nowej leśniczówce pasiekę pamiętam doskonale. Od najmłodszych lat przy niej pracowałem. Razem było 12 uli. Dziadek nie trzymał pszczół tylko dla zarobku. Była to niewątpliwie jego wielka pasja.
Chociaż raz do roku miód był sprzedawany do punktu skupu.
To była zawsze wspaniała, całodzienna wyprawa. Dziadek wynajmował wóz konny (nie mieliśmy własnych koni). Pakowaliśmy na niego cały sezonowy urobek. Na wozie było pełno beczek i kan wypełnionych miodem. Drogą przez Wyk jechaliśmy do wsi Popiołki (teraz jest tam już asfalt...) i dziadek sprzedawał miód do punktu skupu. Z dumą słuchaliśmy opinii, że miód dziadka cieszył się najlepszą opinią w całej okolicy. Rzadko kto oddawał miód bez dodatku cukru.
![]() |
![]() |
Po sprzedaży miodu zawsze można było liczyć na jakieś zakupy. Babcia Kazia (św. pamięci Kazimiera Koźliczak) na targu w Kadzidle zawsze kupiła też coś dla wnuków....
Pomagałem przy wszystkich pracach pszczelarskich. Nosiłem ramki od ula, przygotowywałem próchno do palenia, wykręcałem miód w miodarce, pomagałem dokarmiać jesienią pszczoły, razem łapaliśmy roje do rojnicy.
Najbardziej oczywiście lubiliśmy podjadać obrzynki woskowe z miodem.
Latem zawsze w pogotowiu znajdował się specjalny dzwonek, kropielnica. Gdy roiły się pszczoły wszyscy wiedzieli co mają robić aby rój się osiadł i można go było złapać. My dzieci darliśmy się wtedy w niebogłosy i polewaliśmy pszczoły wodą. Są to stare niezawodne sposoby stosowane w takich sytuacjach.
Wszystkie te stare sprzęty związane z pasieką jak dzwonek, rojnica, miodarka są teraz w Republice Ściborskiej.
Miód, pszczoły stały się już dawno tradycją naszej rodziny, także moją.
U dziadków w leśniczówce zawsze słoik miodu stał przy studni, tak aby wędrujący ludzie (raczej rzadkie w tamtych czasach były samochody) mogli się napić wody ze studni z miodem.
Miód też był zawsze traktowany jako forma płatności.
Jedliśmy go zawsze w olbrzymich ilościach. Rodzina dostawała specjalną miodową wyprawkę od dziadków. Ja uważałem, że jako dziadka pomocnik zasługiwałem na nią najbardziej. Smacznie było zimą jeść własnoręcznie zebrany miód i wspominać letnie wakacje spędzane każdorazowo w leśniczówce dziadków...
Z pszczołami wiążą się też przykre doświadczenia. Około roku 1975 doszło w pasiece do nieszczęśliwego wydarzenia. Dziadek miał jeden bardzo wyjątkowy ul. Pszczoły z tego roju dawały dużo miodu ale też były bardzo agresywne. Pewnego słonecznego dnia zaczęły się roić i kąsać wszystko, co napotkały na swojej drodze. W domu był tylko dziadek ze swoimi gajowymi (też byli pszczelarzami). Na widok tego co się dzieje na podwórku obaj uciekli do lasu. Dziadek ubrany tylko w podkoszulek biegał po podwórku i próbował ratować cały dobytek. Jak opowiada – zwierzęta dosłownie, w ucieczce przed żądlącymi pszczołami wskakiwały mu na ramiona, widząc tu jedyną szansę ucieczki. Dziadek łapał kury i wrzucał je do piwnicy.
Straty były wielkie. Zginęło około 20 kur, 7 gęsi, bardzo chorowały krowy, pies pogryziony wrócił do domu po kilku dniach.

Cała rodzina (także ja) byliśmy akurat z wizytą w sąsiedniej wiosce. Pamiętam, że gdy przyjechaliśmy do domu, mimo, że był to piękny, słoneczny dzień – na podwórku panowała bardzo dziwna, złowroga cisza. Wszędzie leżały martwe zwierzęta.
Odkryłem też, że zginęły moje 2 króliki. To dla mnie była najdotkliwsza strata.
Bardzo baliśmy się o dziadka. Był bardzo pogryziony. Z jego pleców wyjęliśmy około 100 żądeł. Przypuszczalnie nawet 200 pszczół mogło go pogryźć. Po raz kolejny okazało się jednak, że to niezwykle twardy człowiek. Nawet nie pojechał do lekarza, a następnego dnia był już na nogach.
W roku 1984, po przejściu dziadka Olesia na emeryturę przeprowadził się wraz z babcią do Dobregolasu, do swojej rodzinnej posiadłości. Oczywiście pszczoły pojechały razem z nimi.
W ostatnich latach wraz z wiekiem obrządek przy pszczołach stawał się dla dziadka coraz trudniejszy. Ilość rojów się z każdym rokiem zmniejszała.
Aby tradycja rodzinna została podtrzymana w roku 2007 przejąłem ją od mojego dziadka. Pszczoły wraz z pustymi, zabytkowymi ulami przewiozłem do Republiki Ściborskiej. Tu zaczęła się na nowo ich historia.
Stare ule znajdowały się w złym stanie ale udało się je odremontować i nadać im wygląd przedwojenny (konsultowałem się m.in. z dyr. Skansenu w Nowogrodzie).
Dzisiaj przepiękna pasieka stoi w nowym miejscu. Ilość rojów stopniowo się zwiększa. Tak jak robił to mój dziadek, tak i ja teraz z kilku zachowanych pszczelich rodzin chcę odtworzyć całą, dziadkową pasiekę.
Staram się zajmować pszczołami w sposób zupełnie tradycyjny, tak jak nauczył mnie tego Aleksander Koźliczak. Do ula bez przeżegnania nie podchodzę. Używam tylko tradycyjnego sprzętu, który czasami pamięta jeszcze lata przedwojenne. Nie chcę w swojej już teraz pasiece nowych uli ani nowoczesnych metod. Wszak nie o biznes tutaj chodzi, a o kultywowanie wspaniałej puszczańskiej tradycji pszczelarskiej, która się stała tradycją mojej rodziny.
Tak, jak ja kiedyś, tak teraz mi towarzyszy przy pszczołach mój syn Jasiu...
A pasieka na zawsze będzie się nazywała „Pasieką Dziadka Olesia”.
Dariusz Morsztyn





