29.02.2008 Ostatni przegląd sprzętu

Ściborki 1.03.2008

Tuż przed wyjazdem. Czy na pewno wszystko wzieliśmy?
2.03.2008. Prom Tallin-Helsinki
Dopiero teraz mogę odetchnąć. Ciągłe podnoszenie adrenaliny następuje od początku wyprawy. Najpierw Orkan Emma. Jadąc ciągle otrzymujemy sygnały że odwołuje się rejsy statków i loty samolotów. Bojąc się, że nie będziemy
mogli przepłynąć promem do Helsinek decyduję, o jak najszybszym wyjeździe. Wolę być wcześniej w Tallinie aby mieć większą możliwość manewru.
Po drodze płacimy mandat na terenie Litwy. „Frycowe”- dajemy się złapać na klasyczną, policyjną "pułapkę offsidową". Policjanci litewscy są w tym dobrzy...
Litwę, Łotwę i Estonię przejeżdżamy w solidnym deszczu. Paradoks pogody - wszak jedziemy na północ zimą. Moknie zupełnie cały sprzęt i sanie na dachu przyczepy.
2.03. wcześnie rano jesteśmy w Tallinie. Jakby chciało się pójść na tutejszą starówkę, którą strasznie miło wspominam....., ale najważniejsze jest przeprawić się do Finlandii. Bałtyk jest póki co spokojny, zapowiadanego sztormu nie ma.... Postanawiamy jak najszybciej kupić bilet.Tu jednak adrenalina skacze na czerwone pole, brakuje miejsca dla dużych samochodów, wszystkie wolne miejsca są wykupione....Kobieta rzuca mi hasło "na dzisiaj nie ma wolnych miejsc na żadnym promie...". No ładnie, zaraz się okaże, że nie możemy dopłynąć do Helsinek. Na szczęście Krzysztof z Jurkiem przylatują do Helsinek dopiero wieczorem, ale jest problem....
Biletu nie mogłem wcześniej zarezerwować, bo trudna była do przewidzenia godzina przeprawy.
Na szczęście 25 minut przed odpłynięciem promu znajdują się wolne miejsca i udaje się wykupić bilety. W tej sytuacji już nawet nie wnikam w cenę (jest drogo!). Szybka decyzja-jedziemy.Dopiero gdy staliśmy w kolejce przed promem oddycham spokojnie.... Płyniemy promem do Helsinek.Morze jest zupełnie spokojne, wokół słychać dźwięcznie brzmiące języki, z których tradycyjnie nie można zrozumieć ani jednego słowa.Psy zostały w ładowni. Strasznie, to głupie uczucie, kiedy psiaki jadą tam na dole, ja na górze i nawet nie mogę do nich zajrzeć. Dla bezpieczeństwa obwiązaliśmy drzwiczki linami aby broń Boże się nie otworzyły . Przed nami cały dzień w Helsinkach (zamierzam spędzić go w sąsiedztwie mojego ulubionego skansenu na przedmieściach Helsinek), a później jeszcze 2000 km do Alty.
Rovanieni, Wioska Św. Mikołaja 03.03. 2008
Za nami 2000 km, a przed nami ostatni etap podróży - 800 km . Nie wiemy jeszcze którą drogą będziemy jechać. Która będzie przejezdna. Od rana odpoczywamy na kole podbiegunowym, tuż pod domem Św. Mikołaja.
W końcu mamy śnieg. I jest go pod dostatkiem. To pierwszy mój śnieg tej zimy. Jest rześkie powietrze. Jak miło po kilku miesiącach jazdy w błocie poczuć pod nogami skrzypienie. Psy początkowo wręcz bały się chodzić po tym zimnym puchu, ale rozkręciły się. Z nudów jeżdżę zaprzęgiem złożonym z 4 i 6 psów...ale siedząc na metalowej misce...i tak symbolicznie przekraczam koło podbiegunowe....Niezłe prędkości, super zabawa i jaka publiczność... Szkoda, z nie mamy kapelusza do zbierania datków...
4.03.2008 Alta
![]() |
fot. J. Palich
4.03.08.W Alcie prawdziwa zima
O 7:00 dojeżdżamy na miejsce. Przywitały nas 2 łosie żerujące zaraz za domkami campingu. Temperatura idealna - około minus 20 stopni. Słońce. Wyjeżdżam na pierwszy trening z psami. Najpierw po raz pierwszy w życiu psom zakładamy buty. W domu, w błocie nie miałem możliwości przećwiczenia tego elementu. Psy czują się... jak wiejska dziewczyna, która pierwszy raz założyła na nogi szpilki i od razu wyruszyła na potańcówkę...Po kilku kilometrach połowa z butów leży za nami na śniegu. W drodze powrotnej ćwiczę ekwilibrystykę zbierając je w pełnym pędzie... Ale to nie jest
największy problem...
Trasa!- to będzie wyzwanie! na rzece jest pełno miejsc rozmarzniętych, a trasa kluczy miedzy płynącą wartkim nurtem - niekoniecznie ogrzewaną wodą...
Początkowo idzie dobrze. Psy stopniowo zaczynają się jakoś tu odnajdywać. Przy okazji Krzysiek robi sporo doskonałych zdjęć. Bez problemu dojeżdżamy do miejsca restartu (miejsce na trasie gdzie za kilka dni będą zatrzymywać się duże zaprzęgi). Wdrapujemy się na około 800- metrowy płaskowyż. Ale tam zupełnie brakuje oznakowania! Drogi tworzą labirynt ścieżek wyjeżdżonych przez skutery. Obok są głębokie jary, kamieniołom. Zupełnie się gubimy. W pewnym momencie zdezorientowany Kamik (lider) chce zjechać do urwiska...Na szczęście jest wystarczająco karny i udaje mi się go powstrzymać. Nie mam innego wyjścia - zawracam zaprzęg i stromymi zjazdami prujemy z powrotem. Wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji znajdę się nocą!!...od samego myślenia można osiwieć... Nie będzie łatwo... Tukumek wraca z trasy kulejąc, coś sobie zrobił w staw barkowy. Zatem jeden pies już jest wyłączony z wyścigu. Na szczęście zabrałem 2 zapasowe psiaki.
5.03. ALTA CAMPING
Zorza polarna! NAWET nie liczyłem na to, że ją zobaczę. A tu proszę! Rzeczywiście robi wrażenie. Wykorzystujemy sytuację i robimy sesję zdjęciową. Pomysłowość Krzyśka (Krzysztof Hejke) i jego profesjonalizm robi wrażenie. Dziwnie reagują na zorzę psy ,większość z nich wyje, a tu na campingu maszerów ze swoimi psami zjechało już sporo i pyszczków do wycia jest duuużo.Mam w końcu zaliczone wszystkie wymogi proceduralne i weterynaryjne. Przede mną już tylko jedna kontrola weterynaryjna. Jeden problem z głowy....Pomalutku rozwiązuję kolejne: mam już maść do psich łap, specjalne ocieplacze na stawy, jutro będę miał komplet map (trasa składa się z kilkunastu).
Pozostało mi jeszcze sporo czynności związanych z przygotowaniem na trasę. Muszę przystrzyc włosy na łapach psów, podreperować kilka elementów sań.
Psy aklimatyzują się opornie, są raczej nieswoje, wszystko je płoszy. Muszę zadecydować które z nich zabrać, a które pozostawić. To trudna decyzja.
Pomoc Kamili (Kamila Jamrozik - Polska studentka mieszkająca w Alcie, wolontariuszka w ekipie) jest nieoceniona. Zna doskonale norweski , więc pomaga nam to bardzo. Odwiedzamy dziś hodowlę psów Rogera Dahla i Haralda Tunheima. Wpada mi w oko jeden z psów Rogera. Rozmawiamy o jego kupnie. Wszak to jeden z najbardziej znanych maszerów, a jego psy uznawane są za najlepsze...tylko ceny norweskie są zabójcze...
Przy takich maszerach czuję się jak przedszkolak w szkole maszerskiej.
Roger, to ikona Finnmarkslopet brał w nim udział ponad 20 razy, teraz twierdzi że jeździ już tylko dla przyjemności (po raz ostatni wygrał go w 2005 roku). Harald wygrał wyścig 2 lata temu mówili na niego "Tunhaeim Express". Zdysklasował wtedy wszystkich.
Śmieje się do mnie i wspomina, że wszędzie , na każdym punkcie kontrolnym był sam...
Alta 7.03.
![]() |
fot. J. Palich 7.03.08. Ostatni przegląd sprzętu przed wyruszeniem na trasę
Jutro start. Cały dzień spędzamy z Robertem(Robert Jarosz pomocnik maszera) na kompletowaniu sprzętu, poprawkach. Znajomy maszer z Finlandii doradza mi abym na trasę nie brał ciepłych okryć, bo przecież psy moje są takie duże i mają gęste futro...
Zasadniczo wszystko jest gotowe. Trasę mam naniesioną na mapy.
Jedziemy samochodem na mały rekonesans na trasę w rejonie restartu. Jest
jeszcze nie wyznaczona - znają ją tylko tutejsi, więc nic to mi nie daje.
Po południu kolejne odprawy, oficjalna prezentacja zawodników.Teraz już tylko trzeba spać, dobrze wypocząć, a jutro w drogę..
Alta 10.03.2008
![]() |
autor zdjęcia K.Hejke 8.03.2008 - Biegnący Wilk przed wyruszeniem na trasę
Po dwóch dniach niezwykłych emocji w końcu mam chwilę czasu aby przelać je na papier.
Ale po kolei....
Start 8.03. w centrum Alty, to jak zwykle wielkie emocje i tooootalna adrenalina. Około 1000 psów i 100 maszerów.
Obok mnie startuje norweski maszer i maszerka ze Szpicbergenu... to mówi samo za siebie...
Dla mnie apogeum przeżyć, to moment, kiedy wolontariusze podprowadzają mój zaprzęg na start. Spiker dokonuje prezentacji, a po chwili machina zwalnia kotwicę i wyjeżdżam na trasę Finnmarkslopet! Emocje są tak wielkie , że właściwie nie wiem co czuję...Tyle o tym marzyłem, tyle lat się do tego przygotowywałem, a teraz jestem tu i jadę. To niezwykłe przeżycie, ściskające gardło. Tłumy ludzi przy trasie, to nowe doświadczenie dla moich wiejskich psiaków, przyzwyczajonych bardziej do dzików i jeleni niż ludzi, choć jakieś doświadczenie mają. W obawie przed paniką psów w pierwszej parze biegnie Kratalik (mój główny speed leader) z Okarnakiem (raczej swing dog-pies wspomagający pierwszą parę) .
Kamik- główny lider biegnie w drugiej parze (bywa czasami lękliwy w stosunku do obcych ludzi). Za nimi biegnie Ayalik, Krumak, Odark, Omikmak i Odyak.
Po starcie idzie dobrze, choć jest małe zaplątanie ale udaje się je rozwiązać niemal w biegu. Ostre zjazdy w stronę rzeki. Realizuję od początku koncepcję bardzo wolnej i ostrożnej jazdy. Wszak nie znam terenu, nie mam doświadczeń jazdy w tutejszych warunkach, ani moje psy, a najgorsze, to zbyt szybko się wypalić. Poza tym mam najwolniejszy zaprzęg. Tu wszyscy jeżdżą na bardzo szybkich mieszańcach, które trenują w identycznych jak te warunkach. Nawet psy z innych państw pochodzą od północnych, długodystansowych alaskan husky. Znany jest tylko jeden maszer norweski, który (jak mi powiedziano) "uparcie" trenuje siberian huski. Ale nawet tutejsze siberiany w niczym nie przypominają tych, które znamy w Polsce, są to typowe psy długodystansowe.
Swobodnie, bez pośpiechu przepuszczam wszystkie zaprzęgi i wolno poruszam się dalej. Już na pierwszych 50 kilometrach wychodzą pierwsze trudności. Kratalik ma tendencje do zjeżdżania na pobocze szlaku - co powoduje brodzenie po głębszym śniegu i niepotrzebną stratę energii, trzeba go co chwila korygować. W sumie nie dziwię się moim psom, to dla nich zupełnie nowa sytuacja. W domu biegają po leśnych drogach, gdzie trasa jest jasna, a tu jest zupełnie odkryta przestrzeń. Miejscami szlak (bliżej Alty) jest rozjeżdżony skuterami na 50, a nawet 100 metrów- wybór zatem najbardziej ubitej trasy jest trudny. Tutejsze psy (albo psy trenujące w górach) oswajają się z tym od dzieciństwa więc nie mają w ogóle takich problemów. Kolejna trudność to świeży śnieg, który spadł wczoraj. Psy non stop brodzą w rozjeżdżonej "kaszy", która ma miejscami po 15-20 cm, to znacznie odbiera siły. Zauważam, że Ayalik utyka, domyślam się o co chodzi, ma pozbrylany lód między palcami. Oczyszczam jej łapy, a później sprawdzam inne psy. Przed Jotką rezygnuje z wyścigu pierwszy maszer, oferuję mu pomoc ale prosi bym jechał dalej. Na pierwszym checkpoincie (Jotka) postanawiam założyć jednak buty dla psów. Trwa to godzinę... Ze względu na brak śniegu nie mogłem przećwiczyć tego elementu w domu.
Jotka, to samotna chatka na pustym płaskowyżu. Czekam tu na Niemca Henryka (Hendrik Stachnau nr start.49). Ma też wolne psy (zaprzęg prowadzą psy grenlandzkie, a są w nim także malamuty). Też narzeka na lód w łapach. Postanawiamy jechać razem. Jest już noc, do następnego punktu mamy 60 km . Najpierw ja prowadzę, kontrolując co chwila czy widać za mną światełko Niemca. Później się zmieniamy, jego psy sporo trenowały na śniegu, a przede wszystkim zaliczyły wyścig Femund (300 kilometrowy wyścig w podobnych warunkach). Jesteśmy na bardzo rozległym płaskowyżu, to tundra porośnięta przez mech i porosty, czasami pojawia się tu tylko skarłowaciała brzoza omszona. To zupełne pustkowie pokryte identycznymi pagórkami. Jedna wielka, biała pokrywa. Szlak jest znakowany jedynie tyczkami powbijanymi co 1 kilometr. Pojawiają się oznakowania szlaków skuterowych (głównie gałęzie wbite w ziemię z odrobiną odblasku) ale nie można się nimi sugerować, bo niekoniecznie wyznaczają szlak wyścigu (bardzo nas przed tym ostrzegano na odprawie). Temperatura spada coraz bardziej. Dobrze, ze nie mam termometru...Zrywa się mocny wiatr. Całkiem nagle. I przybiera na sile z minuty na minutę. Pada też duży śnieg. Po kilkunastu minutach nie widać już dosłownie nic. Zakładam na głowę najsilniejszą latarkę. Nic to nie daje, szlak w oka mgnieniu przestał istnieć. Nie widać ani szlaku ani śladów zaprzęgów, mimo to udaje się nam go jakoś trzymać, choć wielokrotnie go gubimy.
Jest coraz zimniej. Burza przybiera na sile. Wiatr jest strasznie mocny, robi się coraz zimniej. Widoczność spada do 10-20 metrów, a silna latarka przebija się nieco dalej, ale to wszystko mało, czegoś podobnego nie widziałem jeszcze w życiu. Gubimy w końcu szlak...Zaczynają się poszukiwania. Jesteśmy już zmęczeni tym wszystkim, a w nogach mamy około 90 kilometrów. Przez ponad godzinę kluczymy i szukamy. Jest to trudne, prowadzę pierwsze psy, sanie najeżdżają na nas, psy się plączą. Ale walczymy...
![]() |
fot D. Morsztyn
Po jakimś czasie psy ( ja także) jesteśmy już ogłupieni sytuacją. Nie możemy wrócić po śladach, bo za nami nic nie ma - wiatr zaciera wszystko w moment. Nie mogę też pozostawić psów i szukać sam, bo już ich nie znajdę. Jest coraz zimniej. A najgorzej, że od ciągłego brodzenia w głębokim śniegu pod ciepłymi kurtkami pot zalewa mi całe ciało. Rozumiem, że sytuacja jest trudna...Właściwie nie mam wątpliwości, że od moich decyzji zależy nasze przeżycie. Nie boję się, choć powaga sytuacji robi swoje. Wiatr wieje z taką siłą , że moje sanie gdy stanę do niego bokiem zwiewa jak piórko. Psy chcą iść dalej ...ale gdzie...????
Podejmuję jedyną decyzję, jaka wydaje mi się w tych warunkach słuszna - zatrzymujemy się na noc , a rano poszukamy drogi. Boję się, że jeżeli oddalę się z zaprzęgiem dalej od trasy, to może się to skończyć tragicznie. Kotwiczę sanie, przewracam je na bok, odpinam psy z lin ciągowych zostawiając je spięte linkami przy obrożach. Niewyobrażalnie silny wiatr i niska temperatura przenika przez wszystkie warstwy mojego wszak ekstremalnego stroju. Jak najszybciej schować się w śpiworze!
![]() |
Wyjmuję go wraz ze specjalnym workiem chroniącym przed wiatrem (tzw. norka). Na dnie sań mam rozłożoną specjalną karimatę - ułożyłem ją tak aby w razie czego móc przewozić rannego psa). Jest tak wietrznie, że rezygnuję z niej - nie wyobrażam sobie rozpakowania w tej sytuacji sań. Chowam się za saniami, które dają jakąś minimalną ochronę przed wiatrem. Kładę się na śniegu, a pod śpiwór wpycham puchową kurtkę aby się choć trochę zaizolować od ziemi. Wchodzę do środka w butach i wszystkim, co mam na sobie. Zmarzniętymi rękoma próbuję zamknąć zamki śpiwora i norki- co wydaje się niemożliwe, zamki się zacinają , a ja nie chcę ich porozrywać.
![]() |
Taka prosta czynność staje się tutaj trudnością, w końcu się udaje - jestem w środku. Tu nie wieje. Pamiętając by nie stracić łączności z zaprzęgiem przeciągam przez otwór wentylacyjny linkę asekuracyjną i zakładam sobie ją na rękę – będę tak spał spokojniej...
Rozcieram zmarznięte ręce i układam się do snu. Jest tu bardzo ciasno, a po chwili wytwarza się totalna parówka. Ale robi się ciepło. Jak to dobrze, że zamówiłem u Robert'sa ten sprzęt! Co chwilę muszę się obracać aby nie odmrozić jakiejś części ciała (nie mam karimaty i własnym ciężarem zgniatam puch). Co jakiś czas trzeba czyścić otwór wentylacyjny przez który dostaje się do środka śnieg.
![]() |
Worek norki dygocze od wiatru ale go nie wpuszcza
do środka. Ja jestem w środku ale psy na zewnątrz. Tej zimy nie widziały wcześniej śniegu, a temperatury były wiosenne całą zimę. To przeżycie dla nich jest zatem wielkim zaskoczeniem. Słyszę, że są bardzo poddenerwowane. Zaczynają między sobą powarkiwać. Starając się przekrzyczeć wiatr uciszam je. Po paru godzinach słyszę wyraźnie, że walczą ze sobą. Nie ma wyjścia - najszybciej jak potrafię rozpinam śpiwór i norkę i biegnę by rozdzielić walczące psy. Zobaczyłem po wyjściu, że śpiwór i wszystko przykrywa śnieg, a wiatr teraz dopiero wieje jak szalony. Momentalnie cały kostnieję. Udaje mi się rozdzielić psy. Walczyli ze sobą moi liderzy. Zabieram Okarnaka, który prawdopodobnie wszczął bójkę, wiążę go do sań i jak najszybciej wskakuję do swojej norki. Bardzo chce mi się sikać ale w tej sytuacji to jest mniej ważne - może poczekać. Cała akcja trwała kilka minut, a mimo to cały jestem oblepiony śniegiem i wyziębiony. Ładuję się do śpiwora i przez długi czas rozcieram zgrabiale ręce. Udaje się je rozgrzać ale ból opuszków palców i paznokci męczy mnie jeszcze długo. Robi się totalna wilgoć w środku. Nie mogę spać. Ciągle wyje wiatr. Czekam na świt. Gdy się zaczyna przejaśniać próbuję przez otwór wentylacyjny rozglądać się dookoła, nadal żadnej widoczności i wiatr nie milknie. Czekam dalej.
Sytuacja się nie zmienia. Wiatr, zimno. Jednak postanawiam wyjść na zewnątrz. Pierwsze wrażenie robią na mnie psy totalnie zasypane śniegiem. Takie sceny widziałem tylko na zdjęciach z Grenlandii i Arktyki. Postanawiam ich na razie nie budzić. Zakładam kurtkę puchową spod śpiwora, jest cała w zmrożonym śniegu. Stojąc tyłem do wiatru udaje mi się wysikać. Ale ulga... No teraz trzeba szukać drogi. Brodzę w głębokim śniegu w różnych kierunkach i w końcu udaje mi się znaleźć szlak. Wiatr wywiał śnieg i widać wyraźne ślady sań. Byłem od niego zaledwie kilkaset metrów... Wyjmuję kompas i sprawdzam drogę, prowadzi wyraźnie na południowy wschód.
Wracam do sań choć marsz pod wiatr jest wykańczający. Zmarzniętymi rękoma udaje mi się wykonać kilka zdjęć. Na szczęście aparat wziąłem do śpiwora. Ale po chwili baterie siadają zupełnie.
Kolejny pech. Przekładając mapy w mapniku (moja trasa na tym odcinku składa się z 5 map o skali 1:50 000) wiatr wyrywa z mojej zmarzniętej ręki mapę. Próbuję ją gonić ale nie ma to sensu, zresztą i tak nawigacja według mapy nie ma tu racji bytu.
Budzę psy, po chwili ogarnia mnie przerażenie , że coś im się stało. W ogóle na mnie nie reagują. Są tak odrętwiałe. Mozolnie udaje mi się je jakoś postawić na nogi. Na szczęście przebudzają się i wpinam je do zaprzęgu.
Nadal mocno dmucha. Wiatr jest taki duży, że gdy jadę do niego bokiem zdmuchuje mi sanie na kilka metrów. Psy się ożywiają, jedziemy. Co chwila muszę je korygować aby jechały szlakiem, teraz jest tu dużo śniegu i miejscami tworzą się zaspy. Na szczęście wiatr jest duży, a teren płaski - więc nie są głębokie. Mam czasami jeszcze niepewność czy wybrałem dobry kierunek jazdy. Przypomina mi się historia mojego Ś.p stryja, który uciekł w 1939 roku z niewoli i przez pomyłkę, po śnie w zbożu wrócił z powrotem..
Ale wszystko się zgadza, kolejne znaki to potwierdzają. Widzę zupełnie nowe charakterystyczne elementy, których nie widziałem wcześniej. Przejeżdżam przez wąską bramę w płocie dla reniferów(musiałbym ją w nocy zauważyć), mijam przy szlaku namioty jakiejś formacji wojskowej, która w tych warunkach, na tym odludziu ma swoje ćwiczenia. To zupełnie utwierdza mnie w tym, że dobrze jadę.
Mimo to, jak się później okaże, popełniam fatalny błąd...ale wtedy jeszcze o tym nie wiem.....
Teraz dopiero rozumiem jak trudna jest tu nawigacja. Zupełny brak jakichkolwiek punktów orientacyjnych, a szlak kluczy we wszystkie możliwe strony.
Po godzinie wiatr słabnie, robi się cieplej, bardzo ożywia to psy. O wiele lepiej pracują .
Do pierwszej pary daję Kamika i Okarnaka, który mimo mocno pogryzionej głowy dzielnie pracuje. Jestem w sumie bardzo szczęśliwy- udało nam się przeżyć tą trudną sytuację i wyjść cało.
Pierwszy raz w życiu widzę pardwy, jest tu ich dużo.
Zupełnie nie wiem w jakim punkcie trasy jestem, lecz zaraz powinna być Skoganvarre...
Przeżywam szok... Pomyliłem jednak trasę i właśnie z powrotem wróciłem do Jotki...
Tragedia!!!! Jestem jak porażony prądem. Mam ochotę sam sobie przywalić za tę pomyłkę. Jak to ja-który wygrywałem kiedyś wszystkie zawody w biegach na orientacje, nie mający nigdy problemu z czytaniem mapy popełniam taki błąd!!!! Wstydzę się przed samym sobą, choć realnie wiem , że orientacja tutaj dla osoby obcej jest niezwykle trudna - na dodatek w takich warunkach. Fatalny w skutkach błąd. Stało się. Teraz jaką decyzję podjąć: czy jeszcze raz jechać do Skoganvarre czy wracać do Alty?
Podjęcie decyzji zajmuje mi sporo czasu. Reasumuję: dwa psy są ranne, z czego Okarnak ma spore rany na głowie i trzyma łapę w powietrzu. Gdy wrócę do Skoganvarre, doda to 60 kilometrów do i tak już długiej trasy - może to wydłużyć mój przejazd o nawet jeden dzien. Nie mam już w ogóle jedzenia dla psów (czeka w Skoganvarre), a psiaki od rana nic nie jadły.
Sam czuję się dobrze i mogę jechać dalej, wprawdzie od wczoraj rana zjadłem tylko czekoladę i wypiłem 1 litr herbaty - ale jest OK.
Decyduje jednak dobrostan zwierząt - postanawiam wracać do Alty. Tym samym kończy się mój udział w wyścigu.
Jest to dla mnie tragiczna decyzja. Przez następne kilka dni nie mogę się z nią pogodzić.
Wracam więc do Alty.
Przejechałem w ciągu doby 180 kilometrów. Paradoksem jest to, że gdybym jechał trasą byłbym teraz w rejonie Levajok, a to dobry kawał trasy. To niezły wynik. Nigdy jeszcze tyle kilometrów z psami nie przejechałem w takim czasie i w takich warunkach. Psy wcale nie są mocno zmęczone jak się to wydawało w Jotce, a Okarnak nawet przestał kuleć .
Teraz wiem jak byłem blisko. Według relacji Niemca ostatni raz widział mnie 1,5 godziny przed swoim dotarciem do Skoganvarre. Czyli byłem tylko kilkanaście kilometrów od celu....Przed startem wiedziałem, że jeżeli dotrę do Skoganvarre, to przejadę cały wyścig. Niestety tak się nie stało, a byłem tak blisko...Zabrakło jednak doświadczenia w poruszaniu się po tak trudnym terenie i w takich warunkach. Także pech - czemu ten wiatr nie zaczął dmuchać 2 godziny później?...A w konsekwencji mój fatalny błąd. Gdybym nie stracił widoczności nocą, dojechałbym do punktu i teraz zamiast siedzieć i pisać te wspomnienia tworzyłbym je ale nadal na trasie wyścigu. Było tak blisko....
A tak Finnmarkslopet nadal jest przeze mnie nie zdobyty.
Z drugiej strony nie jestem osobą, która musi coś robić za wszelką cenę. I tak zyskałem kolejne TOTALNE DOŚWIADCZENIE , a wrócę tu za rok.
Najlepiej skwitował to właściciel Jotki, z którym rozmawiałem. Powiedział mi: „ to całkiem normalne, że nie mając doświadczenia z jazdą psami w tych warunkach za pierwszym razem nie da rady tego zrobić - jak wrócę tu za rok (powiedział) to dopiero wtedy mam szansę”. Potwierdziła, to Hanne (główna organizatorka wyścigu) takich sytuacji jak moja mają tu mnóstwo, a nawet na tym wyścigu już są tacy, którzy jak ja, w nawet w lepszych
warunkach pogubili drogę.
Zatem za rok....
28.03.2008 Ściborki
![]() |
Jestem od kilku dni w domu – czas więc spokojnie, z dystansem do wcześniejszych wydarzeń podsumować wyprawę.
Po rezygnacji z trasy i po moim powrocie do Alty wiele się zmieniło. Popsuła się też niestety atmosfera w zespole. Teraz wszyscy chcą już jak najszybciej wracać do Polski, do domu. Atmosferę potęguje senność na kempingu. Wraca tu wiele ekip, które nie ukończyły wyścigu. Prawie połowa z uczestników trasy 500-kilometrowej nie dojechała do końca. Większość się zagubiła albo nie podołała trudom. Szczególnie ciężki dla psów okazał się tegoroczny śnieg. Wyścigowi nie dało rady też wiele znanych ekip, co jest dla mnie pewnym pocieszeniem (choć oczywiście nie cieszę się z czyjejś przegranej). Np. na tym samym etapie, zakończyła wyścig ekipa szwajcarska, jedna z najlepszych, europejskich hodowli alaskan husky, mająca psy od samego Franka Turnera z Whitehourse na Yukonie, wycofał się też znany maszer z Rovaniemi, niemiecki maszer zgubił drogę i wrócił się do punktu w Skaganvarre. Jednym słowem, to nie jest łatwy wyścig.
Bardzo mnie cieszy , że wyścig ukończył Niemiec Hendrik Stachnau.
|
|
Ja w sumie jestem zupełnie niewyżyty i najchętniej wróciłbym na trasę i pojeździł sobie jeszcze kilka dni ale decydujemy o wcześniejszym powrocie.
Na pożegnanie Finnmarku wyjeżdżamy jeszcze na płaskowyż aby w pięknym słońcu pojeździć psami w górach i porobić trochę zdjęć.
Wyruszamy z Alty. Krzysiek i Jurek wylatują samolotem, wy kierujemy się w stronę Sztokholmu.
Po drodze okazuje się, że nie ma miejsca na wcześniejszym promie i będziemy musieli gdzieś przeczekać.
Zakotwiczamy się w zaprzyjaźnionej, szwedzkiej hodowli siberianów. To miejsca zimowania reniferów. Są ich tysiące w stadach po kilkaset sztuk.
Po raz pierwszy mam okazję jeździć psami wśród tych północnych zwierząt. Przyjemność to duża ale i ryzyko. Psy nie reagują na żadne komendy gdy widzą stado reniferów i chcą je gonić. Same reny zaś nie są specjalnie strachliwe i dają się całkiem blisko podejść albo podjechać.
Jest to prawdziwe pożegnanie zimy i śniegu....
![]() |
Od Rogera Dahla zakupiłem bardzo dobrego, 2-letniego alaskan husky i tu mam okazję go przetestować w zaprzęgu. Ma doskonałych rodziców – chlubę hodowli Rogera, uznawanej za jedną z najlepszych w Norwegii. Jest mi tym bardziej miło, bo to właśnie przez Rogera trafiłem do Finnmarkslopet. Fenrys (imię psa) pracuje perfekcyjnie jakby nic innego w życiu nie robił. Trochę go nowa sytuacja (szczególnie ludzie) przestrasza ale podpięty do zaprzęgu cieszy się jak dziecko i doskonale pracuje. Czeka go nowe życie. Już nigdy nie będzie stać na łańcuchu (tak trzyma swoje psy większość maszerów) – u nas, w Ściborkach psy żyją wolno na dużych wybiegach.
Ciekawa była podróż promem Scandinavia (Polska Żegluga Bałtycka Polferries). Bałem się, że psy mogą źle znieść podróż – szczególnie w kabinach. Okazało się jednak, że wszystko odbyło się bez jakichkolwiek problemów, a psy na statku były wielkim wydarzeniem ściągającym tłumy widzów. Szczególnie miła okazała się załoga statku. W dodatku nie kołysało, więc podróż była bardzo przyjemna.
Oczywiście często wracam do Finnmarkslopet.... Setki razy analizowałem sobie przeżytą sytuację. Żałuję, że nie udało mi się wyścigu ukończyć. I ja i wiele osób na to liczyło. Ale nic na siłę. Dobrze, że wróciliśmy wszyscy cali i zdrowi. To cudowne miejsce, koniecznie tam wrócę. Dziś postąpił bym też tak samo, jak w feralną burzę śnieżną.
Trochę szkoda, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze....
Wyprawa była największym moim doświadczeniem jeśli chodzi o psy zaprzęgowe i DOSKONAŁĄ PRZYGODĄ. To „kopalnia wiedzy” pod kątem dalszych, planowanych wypraw.
W Alcie zarezerwowałem już nocleg na przyszły rok....więc przygoda będzie się rozkręcać na nowo. Hanne Rosenberg (szefowa wyścigu) na pożegnanie zmusiła mnie do złożenia obietnicy, że wrócę tutaj za rok. Oczywiście, że tak! Tym bardziej, że czuję się w Alcie jak w domu.
Serdecznie dziękuję za udział w wyprawie:
-
mojej rodzinie, która musiała się o mnie martwić, szczególnie mojej żonie Justynie, która w feralną noc nie odstępowała od komunikatów na stronie wyścigu;
-
członkom ekipy:
Kamili Jamrozik – wolontariuszce i przewodniczce na wyścigu
Robertowi Jaroszowi – mojemu pomocnikowi
Krzysztofowi Hejke i Jerzemu Palichowi – dziennikarzom i fotografom wyprawy
Darkowi Szajdkowi – kierowcy
Sponsorom : Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo
Polferries – Polska Żegluga Bałtycka
Patronatom medialnym:
TVP Olsztyn
Przyjaciel Pies
Gazeta Wyborcza
Wegetariański Świat
DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM PRZYJACIOŁOM, KTÓRZY POMAGALI MI W WYPRAWIE I TRZYMALI ZA MNIE KCIUKI.
Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk












