Strona Główna Wyprawy Finnmarksløpet 2008 Wspomnienia z 2006 roku

 

Autor: Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk Moje wspomnienia z najdłuższego, najbardziej północnego i ekstremalnego wyścigu psich zaprzęgów w Europie - FINNMARKSLOPED 2006 . Varangerbotn. Północna Norwegia. Sierpień 2005. Pierwszy kontakt.  Jestem na samochodowym wypadzie po Skandynawii. Moim starym Land Roverem wraz z kilkoma osobami robię rekonesans przed zimowym wyjazdem z psami. Zupełnie przypadkowo przewodnik po muzeum w miejscowości Varangerbotn opowiada mi o ciekawym wyścigu psich zaprzęgów, który się tutaj odbywa. Mówi, że to jeden z trzech najbardziej ekstremalnych wyścigów na świecie (zaraz po Yukon Quest i Iditarod). Jego nazwa brzmi: Finnmarkslopet. Mazury. Od lata minęło kilka miesięcy i po wielu rozważaniach podejmuję decyzję - jadę na wyścig do Norwegii.     Rozpoczynam treningi - 10,20,30,40 km, rozkręcamy się. Zaczynam pracę z 15 psami (siberian husky). Odpada pierwszy - Inuvik, nie nadaje się na dystanse powyżej 30 kilometrów. W listopadzie i grudniu jest zimno ale nie ma śniegu- tylko lód. Mam dziesiątki stłuczeń, wywrotek, ucieczkę zaprzęgu. Horror - wręcz boję się jeździć. Po połamaniu sań w terenie górzystym rezygnuję z trudniejszych odcinków, choć psom podobały się bardzo. W tych warunkach zbyt są jednak niebezpieczne do jazdy zaprzęgiem złożonym z 14 młodych psów. Czas ucieka. Bez pomocników nie mam czasu trenować wszystkich psów. Rezygnuję z kolejnych aby szczególnie zając się 12 psami, a w końcowej fazie wybrać najlepszą 8-kę.

Ciągle analizuję stronę internetową wyścigu i wysyłam zapytania. (Jak się później okazało moje wyobrażenie o Finnmarksloped było zupełnie inne od rzeczywistości.)  Mam już wynajęty samochód (boję się, że moje land rovery z przyczepą mogą na tej 3000 km-trowej trasie zimą zawodzić.) Słaby punkt wyprawy, to pomocnik- zupełnie zielony, ale przyda nam się wspólny test przed planowaną wyprawą w 2007 roku. Na niecały miesiąc przed wyścigiem przychodzą złe wieści. Nie mam jednego dokumentu weterynaryjnego i mimo negocjacji Norwedzy nie zgadzają się na wyjątek. To koniec...Tyle przygotowań... Na "otarcie łez" szybka decyzja - lecę tam samolotem aby wyścig obejrzeć z bliska. Było to zrządzenie losu - ten wyścig najpierw trzeba zobaczyć, potem się go nauczyć, przez kilka lat się przygotować, a dopiero później wziąć w nim udział. Bez wiedzy, którą mam dzisiaj byłoby mi bardzo trudno. Nie wiadomo czy w ogóle przeszedłbym kontrolę obowiązkowego wyposażenia. Wiem też, że wybrany przeze mnie pomocnik zupełnie nie dałby sobie rady... Alta, Północna Norwegia.3.03.2006     Doleciałem i nawet odnalazł się mój bagaż (linie lotnicze zgubiły mój plecak ze sprzętem do spania, jedzeniem...). Od 2 dni podglądam wszystko, co jest możliwe. Maszerów, sprzęt, psy, samochody, pracę organizatorów. To zupełnie coś innego niż widziałem do tej pory na innych zawodach. Mam wręcz wrażenie jakby to była zupełnie inna dyscyplina. Dużo czasu spędzam w biurze organizacyjnym. To obok biwakowiska na Strand Campingu serce wyścigu. Przychodzą tu maszerzy, nanoszą poprawki na swoje mapy, obszywają stroje plakietkami, trwają niekończące się rozmowy.

Ci ludzie od samego początku mnie fascynują. Są wśród nich mistrzowie, weterani. Nie chcę się jednak zajmować tylko ich wyszukiwaniem. Wolę zachować świeże spojrzenie. Każdy z rozmówców jest życzliwy. Muszę dziesiątki razy tłumaczyć skąd jestem, dlaczego nie startuję w wyścigu (wielu pamięta mnie z listy startowej). Dla jednych jestem "Mr. Poland", drudzy mówią do mnie po imieniu lub po prostu "Wilk". Wszyscy są zdziwieni, że w Polsce także są maszerzy (podobno jestem pierwszym Polakiem na tym wyścigu). Obserwuję młodego Norwega, który od kilku godzin zamiast spać przed jutrzejszym startem zmaga się z mapami. Przyjechał z południa Norwegii, nazywa się Dan Ditlefsen. To budowlaniec, zarabia 20 000 koron miesięcznie(około 11 000 złotych). Ale jego życie, to psy - mówi. Od 8 lat przygotowuje się do startu w tym wyścigu. To jego marzenie. Od września przejechał na treningach 5000 kilometrów. Pomagało mu w tym 4 osoby. Chce ukończyć trasę 500-kilometrową. Ciekawa postać. "Mów do mnie Kid'' - proponuje. OK. "Powodzenia Kid - see you - zobaczymy się na checkpoint-cie" (punkt kontrolny na trasie wyścigu). Alta.4.03.2006. środek dnia.

Zaczyna się. Centrum Alty - kilkudziesięciotysięcznego miasteczka oddalonego zaledwie o kilka godzin drogi od Nordkappu i 200 km od Spitsbergenu. A więc tak to wygląda... Powyznaczane miejsca postoju dla poszczególnych ekip na miejskich parkingach. Wszystko logicznie zorganizowane. Tłumy ludzi. Poszczególne ekipy maszerów robią niesamowite wrażenie. Sprzęt przygotowany do startu, porozkładane liny, 2 pary sań. Te dla maszera na trasę są specjalnie wyposażone, a dla pasażera wymoszczone jak wygodny fotel. Jest obowiązkowa skóra renifera - najlepszy tutaj materac. Pracują ekipy weterynarzy - po kolei sprawdzają wszystkie zwierzęta - jest co robić - około 1000 psów!         Pełno dziennikarzy, kamer telewizyjnych. Jest też sporo gwiazd. Handlerem (pomocnik maszera) Niny Skramstad z Oslo jest sam Lars Monsen. Znany podróżnik, m.in. zrobił z psami cross Kanady - 8252 km w 947 dni. Właściwie go nie poznałem choć w ręku miałem tyle jego książek, a tu w Alcie wiszą w sklepach tablice z napisem "Lars Monsen jest tu".

Wygląda tak normalnie... Największe wrażenie robią maszerzy klasy otwartej na 1000 km . To nie tylko sławy ale prawdziwi ludzie, z krwi i kości. Wokół każdego z nich unosi się mgiełka niezwykłego czaru. To Ci podróżnicy z filmów i książek. Tak się to czuje i tak też wygląda. To niezwykli ludzie. A jednocześnie nikt tutaj się nie zachowuje jak gwiazda - są zupełnie normalni i dziwnie skromni. Dopiero w takiej sytuacji zaczyna się rozumieć dlaczego Norwegowie wiodą prym w podboju świata. Spotykam Kida - mówię do niego "ale atmosfera". Odpowiada: "wyobraź sobie jak bije moje serce...".     Coraz bliżej do godziny 12:00 - czasu startu pierwszego zawodnika.- to Szwed Karsten Grönäs - ma 67 lat i piękny zaprzęg. Wszystko zaczyna nabierać tempa. Psy ubierane są w szelki i wpinane do zaprzęgu, to znak, że już za chwilę wystartują. Są wypoczęte więc emanują energią. Na sanie wsiada pasażer. Już tylko oficjalne otwarcie, którego dokonuje Norweski Minister Rybołówstwa, to jedno z najważniejszych tutaj ministerstw. Pierwszy zawodnik w asyście pomocników ubranych w odblaskowe kamizelki podprowadza swoje psy na start. Specjalna machina blokuje kotwicę. Prezenter mówi coś o każdym z zawodników.         Pełno dziennikarzy, flesze, skowyt psów. Boże co za energia! Odliczanie: 5,4,3,2,1... machina zwalnia kotwicę i wyrusza pierwszy zaprzęg. Jedzie szpalerem wśród tłumów wiwatujących kibiców. Nad głowami helikopter. Wszystko świdruje mi w głowie. Robię zdjęcia, jak najwięcej.

Co minutę startują kolejni zawodnicy. Ten sam rytuał: podprowadzanie, machina, start. Nie mam czasu myśleć. Już wiem z kim ja będę jechał jako pasażer. Szybko odnajduję wskazanego przez organizatorów maszera, to Alf-Einar Hernes z Eidfjordu. Uścisk dłoni i z powrotem na start. To tempo akcji powoduje, że energia w ogóle nie spada i po kilkunastu minutach poruszam się jak w transie. Muszę się jednak oderwać od robienia zdjęć, bo za chwilę jedziemy. Biegnę do moich sań, już prowadzą mój zaprzęg. Siadam. To samo odliczanie, machina, start, jedziemy. Płaczę... Już nie wytrzymałem. Nigdy mi się to nie zdarzyło na innych zawodach. Jedziemy szybko przez miasto. Za nami już pierwsze kilometry trasy. Wiem, że na zjeździe do rzeki jest bardzo niebezpieczny odcinek trasy, stromy i kręty. Rzeczywiście - zaprzęg przed nami ma duże problemy, musiał się zatrzymać. Mijamy ich, a po chwili nasze psy skręcają w niewłaściwą drogę. Robi się gorąco i niebezpiecznie. To wąski, stromy i ciasny zjazd, a za nami pojawi się za chwilę następny, 14-psi zaprzęg jadący na pełnej prędkości. Wyskakuję z sań i błyskawicznie rozplątuję wyrywające się psy i przeprowadzam na właściwą drogę. W ostatniej chwili... Ruszamy dalej. Norweg jest zdumiony i zadowolony - pyta się czy jestem maszerem. "Jak dobrze wieźć na saniach kogoś, kto się zna na rzeczy"- mówi. Po 10 kilometrach akcja się uspokaja, wokół już tylko tundra i zamarznięta rzeka. Mogę spokojnie robić zdjęcia z sań. Jest piękne słońce. Spokój nie trwa długo.

Dwadzieścia pięć kilometrów od startu znajduje się tzw. "restart", czyli miejsce oficjalnej kontroli zawodników i wymiany sań. Tu też kończy się przejażdżka pasażerów, a zaczyna prawdziwy wyścig. Żegnam się z moim maszerem, dziękujemy sobie nawzajem, trzymam za niego kciuki. Kolejny szok. Co za organizacja! Zaprzęgi ustawiane są w odpowiednim porządku. Maszerzy wymieniają sanie. Trwa kontrola wyposażenia. Jest bardzo drobiazgowa, a lista obowiązkowego ekwipunku jest długa. Psy, które nie miały możliwości wyzbycia się energii non stop hałasują, ale czekają w zadziwiająco spokojny sposób. To już ostatnie przygotowania, oczekiwania na sygnał startera i jazda .... w dziką, mroźną tundrę. Ja tylko na moment odwiedzam znajdujący się tu słynny "Igloo hotel" wybudowany z lodu i śniegu i wyruszam w swoją trasę. Postanowiłem podróżować równolegle z zawodnikami. Skoganvarre 4.03.2006. noc

Pierwszy punkt kontrolny - Skoganvarre. Dojeżdżam już w nocy. Wchodzę na teren checkpoint-u. Zimno-temperatura dochodzi do około -25 st.C. Ale wieje zimny wiatr i wydaje się, że jest o wiele zimniej. Na zamarzniętym jeziorze duży parking dla samochodów handlerów (pomocników maszerów). Wszystkie auta są włączone, pracują aby nie zamarznąć. Palą się światła pozycyjne (taki tutejszy, norweski zwyczaj).W powietrzu spaliny. Wyczuwa się coś bardzo dziwnego. Handlerzy stoją poza wyznaczoną linią, rozmawiają i wszyscy wpatrują się w małe światełko gdzieś w górach, to górska latarnia. Każdy z nich ubrany jakby za moment miał zdobywać biegun. To od tego światełka mają nadjechać zawodnicy. Podobno to tylko 10 minut. Wydaje się dalej. Czuje się nerwowość. Ekipy organizatorów poubierani w odblaskowe kamizelki czekają także w pełnym pogotowiu.

Czasami któryś z handlerów donosi jeszcze coś do worka swojego maszera. Chyba czują, że może czegoś zabraknąć ze względu na trudne warunki. Już teraz widać ile zależy od posiadania dobrego, znającego się na rzeczy pomocnika. Jest zimno. Nerwowe podniecenie. Obchodzę teren - mi wolno- mam akredytację dziennikarską, a tu media są uprzywilejowane. Robię trochę zdjęć, ale właściwie nie rozumiem tego co się tu ma wydarzyć. Zobaczymy. Te pracujące auta robią niesamowite wrażenie. Gdzieniegdzie rozbity namiot.     Takie małe tipi z ogrzewaniem spalinowym w środku- tu wszystko, to zimowe patenty Skandynawów - dla mnie nowe i strasznie dziwne. Przez moment wydaje mi się, że widzę obok światła latarni małe światełko latarki nagłownej, które jednak niknie. Tak będzie jeszcze kilka razy. Po chwili jednak nie ma innego wyjścia - tak to "czołówka" (popularna nazwa latarki nagłownej) - więc jadą! Następuje poruszenie wśród wszystkich. Po kilku minutach już widać światło latarki na drugim końcu jeziora, nadjeżdża zaprzęg. Prędkość się zgadza. Po chwili pojawia się następne. Potem kolejne i jeszcze jedno. Zaczyna się rytuał - magiczny rytuał. Maszerzy podjeżdżają pod pierwszy punkt, rejestrują się, pobierają dużą kostkę słomy dla psów i w asyście służb podjeżdżają do punktu z oznaczonymi workami. Dwa dni temu pozostawili je dla organizatorów wyścigu aby ci porozwozili ekwipunek (głównie jedzenie dla psów) po wszystkich punktach kontrolnych.         Maszerzy szukają swoich worków. Jest ciemna noc więc nie jest im łatwo. Trwa to dłuższą chwilę. Czasami naprowadzani są okrzykami przez swoich pomocników (przez cały czas wyścigu nikt nie ma prawa wstępu na teren checkpoint-u ).

W końcu znajdują swój worek, biorą go na sanie i objuczeni przejeżdżają w wyznaczone miejsce na lodzie. Kotwiczą psy. Magia się dopiero rozkręca. Rytuał trwa. Słomę rozkładają dla psów, które od razu kręcą się na niej i robią sobie legowisko. Maszerzy rozpakowują sanie. Wyciągają całą stertę sprzętu. Z pojemnikiem na wodę idą do wykopanej w lodzie przerębli. Rozpalają specjalną kuchenkę, gotują wodę aby jak najszybciej dać jeść i pić psom. Wszędzie pełno dymiącej jak kominy pary.     Gdy woda się gotuje czas na przegląd psich łap i rozmowę z pupilami. Wszyscy robią dokładnie to samo. Rytuał, to jedyne co mi przychodzi na myśl. Po godzinie wszystko trwa nadal tylko maszerów jest już kilkudziesięciu. Powstaje zgiełk. Jest noc i jeszcze zimniej. Widok dziesiątek palących się wysokim, targanym wiatrem ogniem kuchenek, oparów, świecących się czołówek u uwijających się jak mrówki maszerów - robi niesamowite wrażenie. Wreszcie psy dostają jeść. Kładą się spać. Są okrywane kocami aby lepiej mogły wypocząć i się ogrzać - przed nimi jeszcze setki kilometrów. Teraz dopiero przychodzi czas na maszerów. Oni też muszą się wysuszyć (na mrozie pot jest zabójczy), zregenerować w ciągu kilku godzin siły, może chwilę pospać. A przede wszystkim wyjść za strefę i opowiedzieć jak było. Jest o czym, to nocny, górzysty, niebezpieczny etap. 5.03.2006. Levayok - drugi punkt kontrolny, poranek.

Tu rozdzielają się trasy klasy otwartej (14 psów - 1000 km) i zamkniętej (8 psów - 500km). Pierwszy nadjeżdża Harald Tunheim z Alty (jak się później okazało prowadził już do mety) z 14 psami. Tempo przemieszczania jest dla mnie szokujące. Zaprzęg Haralda otrzymuje miano "Tunheim Express". Aby jeździć po 200 kilometrów dziennie, to w Polsce nie do pomyślenia. Jest dzień - więc można dokładniej obserwować ten niesamowity rytuał, który widziałem wcześniej nocą. Dojeżdża coraz więcej zawodników. Oblodzone twarze świadczą, że jest naprawdę zimno. Psy trzeba od razu okrywać kocami. Część z nich po konsultacji z weterynarzami zostaje odłączona od zaprzęgów - dla nich wyścig się skończył, pozostaną pod opieką handlera. Kilka psów przyjeżdża jako pasażerowie na saniach - widocznie okazywały zmęczenie na trasie i czujne oko maszera, to dostrzegło. Podobno w poprzednich latach było cieplej. Zastanawia mnie, że jeżeli tak chóralnie Norwedzy mówią o tym zimnie, to chyba cos w tym jest. Chociaż ja tego nie odczuwam.

Przespałem 2 noce w lesie i nie mam odmrożeń.     To zasługa dobrego sprzętu - tu bez ekstremalnej odzieży, śpiwora się po prostu zamarza. Wystarczy, że dłużej postoję w miejscu i czuję jak zamarza mi w butach skroplony pot. Bardzo interesujący jest przegląd sprzętu. To reprezentacja wszystkich możliwych rozwiązań z całego świata. Najwięcej jest rzeczy produkcji kanadyjskiej i norweskiej - wszak ci się na zimnie znają najlepiej. W Polsce zdobycie takiego wyposażenia graniczy z wyczynem. Widzę przelotnie Kida - siedzi w samochodzie i rozmawia ze swoim pomocnikiem. Po minie widzę, że jest mu trudno i nie ma ochoty na rozmowę. Jest zimno.             Tempo akcji jest duże, a jednocześnie na 200 kilometrach zawodnicy są rozciągnięci na dystansie około 100 kilometrowym. Postanawiam jechać dalej. Mój cel to Karasjok-stolica Saamów (Lapończyków) i stolica zimna... Docieram tam nocą, na pół godziny przed pierwszym zawodnikiem. To prawdziwe odludzie za miastem. Organizatorzy postawili tylko kilka namiotów z ogrzewaniem i słomą w środku. Wolontariusze (nikt na zawodach nie pracuje za pieniądze) spędzą tam około tygodnia. Poza tym kilkadziesiąt pracujących samochodów, na światłach.

Ciągle nie mogę się do tego przyzwyczaić. Faktycznie jest zimno. Wolę nie pytać jak bardzo. Rano dowiaduję się, że w nocy było -42 stopnie C... Miałem spać na dworze, a trafiłem do namiotu ze słomą i piecykiem. Po raz pierwszy wyspałem się i wypocząłem. Rano ruszam dalej do następnego punktu (Jergul) i dopiero tam dowiaduję się , że na trasie nie jest dobrze. Wielu zawodników już się wycofało, Norweżka opowiada mi jak jej mąż odmroził sobie całą dłoń. Bardzo mu spuchła. Został odwieziony do szpitala. On jednak chce odpocząć 2 dni i jechać dalej. Francuz Daniel Juillaguet - weteran wyścigu odmroził sobie palce i uda. Ostatecznie na tym etapie odpadło już 30% załóg. Widzę jak psy i ludzie są już zmęczeni. Ale w zadziwiający sposób po parugodzinnym postoju wyruszają dalej tym samym tempem. Podróżowałem przez kilka dni równolegle z zawodnikami, towarzyszyłem im na checkpoint-ach, przedeptałem kilkadziesiąt kilometrów tras, a po zatoczeniu 1000-kilometrowej pętli wróciłem z powrotem do Alty. Pierwszy zawodnik trasy 500-kilometrowej jest już dawno na mecie - to Erle Frantzen - Norweszka przejechała dystans w zaledwie 2 dni i 9 godzin...Niewyobrażalne... Czekam na kolejnych przybywających. Widzę ich zmęczenie, triumf i zadowolenie z wygranej. Pokonali tą trasę, tak zrobili to! Spływają potem przy -20 stopniowym mrozie i tulą się do swoich psów. Przyjazd każdego zawodnika zawsze gromadzi mały tłumek widzów. Zawsze oklaski i gratulacje. Zazdroszczę im. Szkoda, że nie ma tu moich psów. Ale czy dalibyśmy radę?? Naprawdę byłoby ciężko. I to ciągłe zimno. Po 5 dniach przyjeżdża też Kid. Jednak ukończył trasę. Ostatni wystartował i przedostatni zameldował się na mecie. Brawo Kid. Niestety się nie widzimy. Gratulacje wyślę listem.     Po raz kolejny widać jaka panuje na tym wyścigu doskonała organizacja. Każdy zawodnik monitorowany jest non stop. Pozamykane drogi publiczne. 300 wolontariuszy z zapałem robią wszystko najlepiej jak mogą, dziesiątki skuterów, przeróżny sprzęt...     Zakończenie Pojechałem do Norwegii z nastawieniem do jakiego przyzwyczaiły mnie polskie zawody psów zaprzęgowych. I zobaczyłem inny świat tego sportu. Bez niedoróbek i prowizorek, gwiazdorów "hollywódzkich", pijackich popisów (to w ogóle szok dla Polaka nie widzieć przez tydzień czasu pijanej osoby). Widziałem zupełnie inny stosunek do psów. Niestety w Polsce ciągle słyszy się o zgonie psów na treningach, pozbywaniu się starszych zwierzaków, (które jeszcze parę lat temu były dla maszerów "przyjacielem", a teraz są za wolne...) dopingu... W ciągu ostatnich kilku lat, kiedy zrezygnowałem z aktywnego udziału w "rozwoju" sportu zaprzęgowego, ten wyścig to mój drugi moment odrodzenia. Pierwszy, to przyjazd grupy francuskich maszerów, którzy pokazali mi, że są jeszcze środowiska maszerskie, gdzie pies, przygoda są stawiane wyżej niż potrzeba uzyskania kolejnego tytułu i pucharu. Tak, to mi odpowiada - już teraz wiem, że muszę wrócić na Finnmarksloped.     Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk Tekst został spisany na miejscu i w czasie powrotu w samolocie.

 
  • Wyprawy

  • Finnmarksløpet

Wyprawy Biegnącego Wilka Zapraszam do zapoznania się z informacjami na temat moich wypraw...

Finnmarkslopet 2009 Wspomnienia Biegnącego Wilka z Finnmarkslopet

Odgłosy naszych wilków