Luty 2009. Republika Ściborska, Mazury





Od września przygotowuję się do startu w Finnmarkslopet. Po zeszłorocznej wyprawie, gdzie z powodu fatalnych warunków pogodowych nie udało mi się ukończyć tego wyścigu - tegoroczny start jest jeszcze trudniejszy. Gdyby dotyczył on tylko mnie- nie byłoby problemu. Jednak reprezentuję wiele osób. Liczą na mnie, trzymają za mnie kciuki, sponsorzy przekazują swoje finanse. Po prostu nie wypada ich wszystkich zawieść. Ale z drugiej strony nie uznaję sytuacji robienia czegoś na siłę. Szczególnie jeśli chodzi o zwierzęta. Dlatego nikomu nie obiecuję żadnego sukcesu, ani dobrej pozycji końcowej. Nawet nie gwarantuję, że ukończę wyścig.

Stawiam priorytety: osiągnięcie naturalnej siły, dojechanie do końca całym zaprzęgiem w komplecie i w dobrej kondycji, stosowanie tylko naturalnych, nie wyczynowych metod treningu - to są moje wytyczne. Nie wynik, nie "złote kalesony", medal czy zyski są celem tej wyprawy. Chcę pokazać, że istnieje jeszcze ta druga, prawdziwa, choć już rzadka strona sportu, przynosząca satysfakcję, zdrowie, siłę, przygodę.

Zdrowie pochodzi z natury, przyrody, a na pewno nie ze sportowej apteki... Takie jednak podejście nie jest zbyt popularne. W sporcie w ogóle, a także dyscyplinie psich zaprzęgów dominuje jednak podejście wyczynowe. Duża część polskich maszerów (głównie sprinterów) "wyśrubowuje" wyniki na europejskich i światowych zawodach. Wszyscy się chwalą tytułami, osiągnięciami, zajmowanymi miejscami na podium.

Ja w tym środowisku jestem ewenementem. Otwarcie mówię o sprzeciwie wobec stosowania wyczynu w sporcie z udziałem dzieci i zwierząt. We współczesnym sporcie "na światowym poziomie" nie ma już możliwości osiągania super wyników w sposób naturalny - trzeba przekroczyć barierę możliwości organizmu w sposób sztuczny i nienaturalny. Ja się z tym nie godzę! Jestem przeciwny sportom olimpijskim z udziałem zwierząt, a także dzieci. Takie myślenie wywołuje wręcz agresywne zachowania tych, dla których tylko wyczynowy sport się liczy.

Wyznaję zasadę, że dorosły człowiek może ze sobą zrobić co chce, ale dzieci i zwierzęta takiej woli nie mają. Współczesny sport jest jak "pęd szczurów" i już się nie da tego zatrzymać. Dlatego z rozwoju sportu psich zaprzęgów w Polsce się wyłączyłem i wspólnie z innymi, podobnie myślącymi "robimy swoje".

Mało też jest zawodów, które za cel główny stawiają sobie dobrą zabawę, przygodę a nie zdobywanie kolejnych punktów, takich jak np. zawody "O Złoty But", które mają już kilkunastoletnią tradycję czy rajdy z psami na Podlasiu. Ale to wszystko mało. Mój ideał jest taki aby osiągnąć wysoką, naturalną sprawność u siebie i swoich zwierząt (choćby taką jak mają dzikie zwierzęta) ale tylko metodami, które są naturalne i przyjazne. Co nie znaczy, że to lekka praca - też trzeba się sporo namęczyć. Coś o tym wiem, od 28 lat biegam długie dystanse...

Człowiek i pies, to biegające gatunki, dla których ta forma ruchu jest naturalną. Cywilizacyjną chorobą, a właściwie tragedią współczesnego świata jest to, że człowiek stał się zupełnie niedołężny, a przetrzymywane przez niego zwierzęta doprowadza do poziomu sprawności pozwalającej "2 razy dziennie zejść na trawnik przed domem". Maszerstwo jest tradycyjną metodą, szansą na odwrócenie tego fatalnego stanu, pod warunkiem, że nie przesadzi się tego w drugą stronę i nie uczyni tylko dążeniem do medali... pieniędzy. Ja sam się ciągle uczę i po niespełna 20 latach wiem, że strona sportowa maszerstwa jest najmniej ciekawą, to tylko wycinek wielkiego spektrum i fenomenu jakim są psy zaprzęgowe.. Decyzję o wyjeździe na wyścig podejmuję w październiku - już wtedy wiem, że mam szansę przygotować do wyjazdu psy. To jest najważniejsza i najtrudniejsza sprawa - reszta, to drobiazgi. Razem na treningach w okolicach Ściborek przejechałem około 2200 kilometrów. Nie jest to bardzo dużo ale wystarczy aby być do Finnmarkslopet w miarę przygotowany. Specjalny plan treningowy został w 90% wykonany. Oczywiście przy podejściu trochę "luzackim". Jak była zła pogoda, czy się nam po prostu nie chciało - z treningów rezygnowaliśmy. Nic na siłę. Poza tym przecież trzeba pracować, zajmować się rodziną, innymi zwierzętami itd...





Nie mam niestety pomocników do trenowania psów. Wszystko muszę wykonać sam. Większość moich znajomych maszerów z Norwegii twierdzi, że to nie jest możliwe. Tam każdy ma albo pracowników albo wolontariuszy wykonujących większość pracy za zawodnika. Mimo wszystko udało mi się wytrenować psy i stworzyć naprawdę dobry zaprzęg. Aura tegoroczna także dopisała. O ile w zeszłym roku ani razu nie odbyłem treningu na saniach - tylko na wózku, to w tym roku około 2 miesięcy mogliśmy cieszyć się śniegiem i zimą. W okolicach Republiki Ściborskiej mam doskonałe tereny do jazdy. A co najważniejsze są one zlokalizowane w najdzikszych, mazurskich ostępach. Łosie, jelenie, dziki, bieliki, ale też rzadsze zwierzęta regularnie spotykaliśmy na trasach. Góry Klewińskie i Lasy Skaliskie, to niezwykły obszar, a w dodatku dużo tu osób, które mi zawsze sekundują w terenie. Jakże miłe są takie leśne spotkania, pozdrowienia czy czasami szybka zamiana kilku zdań z jakimś leśnikiem czy drwalem. Trenowanie w takich okolicach jest bardzo przyjemne i nie nudne, zawsze można liczyć na jakąś przygodę.

Niestety ostatni rok przyniósł też wiele przykrych sytuacji. Szczególnie śmierć psów jest przykrym doświadczeniem. Mając ich tyle musimy się liczyć, że stopniowo będą odchodziły, a przydomowy cmentarz dla nich będzie się powiększał. Każde odejście jest wielką przykrością. W tym roku zmarły nasze najstarsze psy. Przyszła na nie pora.

Na treningach nie obyło się też bez wypadków. Najtrudniejszy był ten, w którym o mało nie straciłem prawej dłoni. Nabyłem kontuzji, która miała duży wpływ na moje przygotowania. Było też tradycyjnie kilka upadków, jedna dramatyczna ucieczka zaprzęgu... Najgorsze są pierwsze , jesienne treningi, kiedy psy jeżdżą na krótkich dystansach i ich energię trudno opanować. Później, gdy treningi mają po kilkadziesiąt kilometrów jest o wiele łatwiej. Wyprawa Finnmarkslopet, to także przedsięwzięcie ekonomiczne. Zdobycie sponsorów, to bodaj najważniejszy element przygotowań. W tym roku zadanie było tym bardziej trudne, że trafiliśmy na czas kryzysowy. Wielu rozłożyło z tego tytułu bezradnie ręce. Stworzyliśmy za to doskonałe pakiety promocyjne. Partnerami wyprawy zostały firmy, bardzo z wielu względów mi bliskie. Będę promował własne województwo i pobliskie Giżycko, z którym od tylu lat jestem związany. Zdobywać turystów dla tych miejsc, to wszak zadanie, które i tak od lat realizuję. Będę zatem dumnie nosił na piersi loga Warmii i Mazur oraz przepięknego Giżycka.

Pabemia, to firma z którą współpracuję od lat bo ma swój zakład blisko Ściborek tu, na Mazurach produkują produkty dla zwierząt, które sprzedają na terenie całego kraju. Po raz pierwszy też mamy stałego opiekuna wszystkich zwierząt w Republice Ściborskiej - od naszych pszczół, przez psy aż po konie. Taką opiekę zaproponowała nam firma BioFactor. Gotowa jest cała ekipa na wyprawę i wszyscy bardzo to przeżywają. Moim pomocnikiem po raz pierwszy będzie Piotr Bagiński z Suwałk. To fantastyczny człowiek. Bliski przyjaciel od lat, ale niezwykle zajęty i zapracowany. Jak on zorganizuje sobie tyle czasu wolnego? Czy na taką długą rozłąkę puści go jego rodzina? Nie będzie łatwo. Jesteśmy na ciągłej "gorącej linii". Doradzam mu co kupić, co zabrać. Zapowiada się bardzo "smakowicie" - Piotrek zobowiązał się przygotowywać posiłki na wyjeździe. Być w takich kulinarnych rękach to zaszczyt. Wszak to twórca najlepszych restauracji w Suwałkach. Kierowcą po raz kolejny będzie Darek Szajdek z Orzysza, który jak twierdzi "ma już Skandynawię w małym paluszku".




 

Psy są przygotowane, kilkaset kilogramów sprzętu skompletowane (jedne sanie zamówione w Norwegii), ekipa gotowa, fundusze zgromadzone - zatem pakujemy psy i jedziemy!

2.03.2009. Norwegia. Finnmark. Alta



 

 



Jesteśmy na miejscu.
Alta, północna Norwegia, to miejsce, gdzie czuję się naprawdę dobrze. To nie znaczy, że Mazury zdradzam. Oczywiście, że nie! Myślę, że Norwegowie bardzo by polubili także naszą krainę. Jej dzikość, kondycja przyrodnicza, a przede wszystkim bioróżnorodność. My możemy zazdrościć im ich bezkresności terenu, małego zaludnienia, tundry, zorzy polarnej. Ale ich kraina pod względem różnorodności gatunkowej nie dorasta nam do pięt...





Codziennie jeżdżę na niedalekie treningi - po kilkadziesiąt kilometrów. Psów nie należy przed startem przemęczać ale aklimatyzacja jest potrzebna. Jak zwykle psy muszą się nauczyć poruszania w tych zupełnie innych warunkach. Zdarza się czasami kręcić kilka razy w kółko zanim psy zrozumieją o co je proszę. Tu nie jest tak łatwo jak na treningach koło Ściborek. Nie ma ani ścieżek ani dróg. Psy muszą się nauczyć biegania w tej nowej sytuacji.





Odwiedziłem Rogera Dahla, maszera z wielkim doświadczeniem, który mi tyle pomógł. Każda chwila przebywania z nim jest przyjemnością. On jest prawdziwym "guru". Ma doskonały stosunek do zwierząt, kilkadziesiąt lat doświadczeń i jest spokrewniony z Leonardem Seppalą. Czego zatem można chcieć więcej? To dzięki niemu trafiłem kilka lat temu na Finnmarkslopet. Jest "ikoną" tego wyścigu, jego współtwórcą. Dlatego jestem dumny, że otacza mnie swoją opieką. Z maszerami o takiej klasie i doświadczeniu wystartuję w jednym wyścigu. To wielkie wyzwanie i doskonałe pole do edukacji.

Rozmawiam z różnymi osobami. Pamiętają mnie z poprzednich lat. Cieszy mnie to, że jestem rozpoznawalny i pozytywnie odbierany. Wielu mówi mi, że byli na mojej stronie internetowej i kojarzą mnie ze zdjęć w strojach eskimoskich. Wiedzą, że zajmuję się kulturami tubylczymi, mam muzeum eskimoskie.

Dla Norwegów oryginalne są moje zainteresowania. Jestem jedynym wśród nich pszczelarzem, raczej nikt poza mną nie jest tu abstynentem, a wegetarian, to tutaj w ogóle nie ma. Są i tacy z którymi widząc się serdecznie rzucamy się sobie w ramiona. To powoduje, że dobrze się tutaj czuję. Trochę jak w domu...

Mam wrażenie, że dużo o mnie wiedzą... Sytuacja wyjaśnia się gdy przypadkiem wpada mi w ręce gazeta wyścigu. Jestem w niej zaprezentowany jako jeden z obcokrajowców biorących udział w Finnmarkslopet.

Zwiedzam tutejszą szkołę folklorystyczną. Jest to niezwykła forma kształcenia studentów w miejscowych tradycjach ludowych. Och, gdyby coś podobnego istniało w naszym kraju... Tu studenci uczą się tradycyjnych rzemiosł lapońskich, a jednym z przedmiotów jest nawet maszerstwo. Jak więc można się równać z tutejszą wiedzą i wielopokoleniowym doświadczeniem w dziedzinie psich zaprzęgów skoro nawet takie przedmioty są w szkołach, a Leonard Seppala, który urodził i wychował się niedaleko Alty, to od 100 lat ikona światowego maszerstwa. Moje doświadczenie w edukacji maszerskiej określam na poziomie końca gimnazjum. Jeśli ukończę Finnmarkslopet - zdam do liceum...

Maszerzy z największym doświadczeniem, których spotkałem w życiu zgodnie twierdzą, że trzeba co najmniej 30 lat poświęcić aby osiągnąć w tej dziedzinie odpowiedni poziom. Nie wystarczy mieć szybkie psy i zdobyć garść medali. Wynik sportowy, a bycie dobrym maszerem, to różne kwestie. Dlatego właśnie na prestiżowych zawodach zawodników pyta się o ilość lat zajmowania się psami. Ci, którzy robią to od kilkudziesięciu lat mają największy w tym sporcie prestiż. Tej dyscypliny, jak też innych relacji ze zwierzętami pokornie trzeba się uczyć latami. Stara prawda życiowa mówi, że mężczyzna przez pierwsze 20 lat się uczy, przez następne 20 swoją wiedzę gruntuje. W wieku 40 lat coś mu już w głowie kiełkuje...ale na prawdziwą mądrość jeszcze za wcześnie.

Przy pracy ze zwierzętami niezwykle ważna jest wiedza pedagogiczna, fachowo-sportowa, praktyka zdrowotna, a także wiele innych dziedzin. To niekończące się morze potrzeb i doświadczeń.

7.03.2009. Alta

Atmosfera startu do Finnmarkslopet jest jak zawsze bardzo podniecająca ale dla mnie także męcząca. Szczerze mówiąc jak najszybciej chcę przez nią przebrnąć i jechać na trasę. Tu są tłumy ludzi, media, hałas, a już kilka kilometrów dalej za miastem będę tylko sam na sam ze swoimi psami. To wolę. Ja nie przywykłem do takich miejsc, a tym bardziej moje psy. Boję się też o jakiś błąd w takich warunkach. W naszym przypadku jest on najbardziej prawdopodobny. Kamik - mój główny komend lider jest doskonałym psem ale na co dzień jest zawsze zestresowany sąsiedztwem obcych ludzi, a co dopiero w takiej ilości. To słaby punkt naszego zaprzęgu. Musimy jakoś dać sobie radę....wyjechać z Alty, dalej będzie łatwiej.





Tłumy ludzi. Od rana nerwy. Trzeba na czas wjechać do Alty, bo później całe centrum jest już zamknięte dla samochodów. Każdy zespół ma przygotowane miejsce na parkingu. Ja mam numer 26 i startuję o 11:25. Jestem spokojniejszy niż w zeszłym roku. Praktyka z zeszłych lat powoduje, że człowiek wiedząc co go czeka podchodzi do tego bez zbędnych emocji. Ale ciągle jest stres. Muszę jeszcze przejść odprawę wyposażenia - wiem jakie jest drobiazgowe, mała pomyłka mogłaby się skończyć nawet dyskwalifikacją. Poza tym odprawa weterynaryjna - ostatnia ale najważniejsza.

Kontroli sprzętu dokonuje mi sędzia główny - na szczęście wszystko jest w najlepszym porządku. Przy kontroli weterynaryjnej kolejna norweska weterynarz robi problem z tatuażami moich psów. Ją to nie obchodzi, że wszyscy wcześniej je uznawali - wymaga chipów. Jestem spokojny i stanowczo składam jej sprzeciw. Musieli by mnie teraz chyba siłą stąd usunąć. Po godzinie przychodzi ponownie, przeprasza i mówi mi, że wszystko OK...Ufff... Ostatni telefon do domu - wiem, że Justyna będzie się o mnie mocno martwić. Pozdrawiam ją i wyłączam telefon. Od tego momentu zdaję się tylko na kompas, mapę i .....zegarek. Tak, tak po raz pierwszy od wielu lat będę używał zegarka. To dla to mnie nowość, nie używam go już od wielu lat ale postanowiłem tym razem wiedzieć która jest godzina aby na tej podstawie podejmować decyzje w trasie i ustalać swoje położenie.

Czas nieubłaganie zbliża się do startu. Widzę jak inni zawodnicy układają już liny ciągowe dla psów. Pomału zakładają buty na psie łapy. Smarują je specjalną maścią. Pierwsze zaprzęgi wyjeżdżają na trasę w odstępach 1-minutowych. Wszystko musi odbyć się w idealnym porządku. Czy spakowałem kompletne wyposażenie?...Już po starcie nie będzie szansy na jakiekolwiek uzupełnienia....

Postanawiam wyjechać na trasę bez psich butów - czy je w ogóle będę im zakładał zadecyduję w trakcie wyścigu. Nie ma drugiego takiego zaprzęgu, który by jechał bez butów. Moje psy ich nie lubią, a poza tym to jeden z 2 zaprzęgów z tradycyjnymi psami zaprzęgowymi (nie mieszańcami alaskan husky), mają mocne łapy. Ja je specjalnie do tego przygotowywałem. Powinno być dobrze. Jest też jeszcze jedna trudność. Właściwie czegoś takiego nie powinno się w ogóle robić...ale w życiu różnie bywa - jadę na trasę dzień wcześniej zakupionymi saniami, których nawet nie przetestowałem.... Norweg od którego je kupiłem dowiózł mi je z kilkudniowym opóźnieniem... Mają specjalny system skrętny na którym będę musiał się nauczyć jeździć już na trasie. Wychodzę z założenia, że przez ostatnie lata miałem tyle różnych doświadczeń z psami i sprzętem, że i w tym wypadku sobie poradzę.

No i nareszcie ten moment. Psy ubrane są już w szelki, sanie dowiązane do auta, aby przed czasem nie wystartowały. Kolejna grupa wolontariuszy podchodzi do mojego zaprzęgu i na komendę organizatora wolno podprowadzają nasz zaprzęg w rejon startu. W powietrzu totalny hałas. Miesza się ze sobą wszystko: głos spikera prowadzącego (jak zwykle niezawodny i profesjonalny Hans Petter Dalby) odgłos helikoptera, tłum ludzi i wydzierające się psy. Ze swoimi psami w ogóle się nie słyszę.

Wola Boska - co będzie to będzie, nie mam już na to wpływu. Mogę liczyć tylko na to, że dobrze wszystko przygotowałem.

Kolejka do startu. Co minuta następny zaprzęg wyrusza na trasę. Jestem spokojny. Mam wyrobioną taką cechę, że w sytuacjach trudnych potrafię trzymać nerwy na wodzy i spokojnie robić co trzeba. W końcu moja kolej. Podprowadzono mój zaprzęg na start. To już za minutę.... Pali słońce więc mam założone okulary na oczy - lepiej widzę co się dzieje. Kotwica zostaje włożona w machinę cumowniczą.

Spiker coś o mnie mówi. Nie bardzo wiem o co chodzi. Jakaś prezentacja... Odliczanie. Dziesięć, dziewięć, osiem , siedem.....jeden, go, go , go. Machina zwalnia kotwicę. Biorę ją w rękę i szybko mocuję w saniach. Psy wyruszają. Jedziemy.





Po 100 metrach przejazd przez ulicę. Robi się małe zamieszanie. Organizatorzy wstrzymują ruch ale wjazd w wąski chodnik jest słabo wykierowany i moje psy się gubią. Ostatecznie decyduję się jechać główną drogą. Jednak Okarnak - zaczepia duży metalowy płotek. Przewraca go obijając się. Wygląda to groźnie ale okazuje się, że psu nic nie jest i jedziemy dalej. Wszystko trwa kilka sekund. Później się dowiedziałem, że obserwujący to członkowie ekipy przeżyli chwile grozy. No właśnie to są trudności, których się bałem. Ale już po wszystkim. Wyjeżdżam z miasta. Byle dalej. W głuszę. W tundrę. Na płaskowyż. Tam będzie już spokój. Miasto nam nie służy....za to dziki teren tak.

Tuż za miastem jeszcze jedna "przygoda"... Słyszę jakiś dziwny hałas. Mając na uszach ciepłą czapkę trudno mi zidentyfikować jego źródło. Strasznie się nasila. Nie wiedząc o co chodzi rozglądam się dookoła. Psy też są bardzo poddenerwowane. Co się dzieje??? Spojrzałem do góry...Tuż nade mną wisi helikopter, a kamerzysta jak w filmach z Wietnamu robi mi zdjęcia. Tracę równowagę, najeżdżam na muldę ...i wywracam sanie. Na szczęście to płaski teren, więc stawiam je w biegu i jadę dalej.
Ja zaliczyłem wywrotkę ale za to norweska telewizja ma ciekawe ujęcie...
Mam nadzieję, że emocji związanych ze startem już nie będzie.

7.03.2009. Jotka

Jotka, to pierwszy punkt kontrolny oddalony od Alty o niecałe 60 kilometrów. Jest to samotna chatka z małym schroniskiem daleko na płaskowyżu. Nie ma tu dojazdu - zimą można się tu dostać tylko skuterem, a latem najlepiej pieszo. Krajobraz i klimat jest tu już inny jak nad morzem. O wiele zimniej. Nie ma tu już jakichkolwiek drzew. Czasami karłowate brzozy omszone. Wokół tylko jednostajny krajobraz. Małe górki, zamarznięte jeziora, dużo kamieni i wszędzie tylko mech i porosty. To prawdziwa tundra. Nie ma tu jakichkolwiek punktów orientacyjnych, tylko wisząca skała niedaleko Jotki. W zeszłym roku do tego punktu wyprzedzili mnie wszyscy zawodnicy. Jechałem bardzo wolno jako zupełny nowicjusz. I to mnie zgubiło dalej na trasie. W tym roku postanowiłem jechać swobodnie ale szybko, aby newralgiczny odcinek, który będzie dla mnie "etapem prawdy" pokonać wspólnie z innymi maszerami. Zakładałem sobie, jazdę z prędkością około 10-12 km/h. Jazda szybsza mogłaby wyczerpać psy. Jednak to co one robią mnie zadziwia. Idą jak przysłowiowa "burza". Do pierwszego punktu wyprzedziło mnie tylko kilku zawodników. Trochę się boję tej prędkości ale postanawiam zdać się na psy - mam nadzieję, że wiedzą co robią. Przygotowywałem je najlepiej jak mogłem.





W Jotce jestem w rewelacyjnym czasie i psy rwą się aby jechać dalej. Zatrzymuję się na 30 minut, próbuję dać im wodę (oczywiście nie chcą). Snacków (specjalnych przekąsek dla psów na trasie) też nie chcą jeść. Tylko jechać, jechać, jechać! - krzyczą. Sam robię kilka łyków gorącej herbaty i wyjeżdżam w dalszą drogę.

Jest jeszcze widno więc za dnia postaram się dojechać jak najdalej. Za punktem mijam grupę 4 Norwegów. Jednego znam sprzed 3lat. To wytrawni, doświadczeni maszerzy. Przez następne dni będę się z nimi mijał kilkanaście razy.

Cały czas jest sporo śniegu. W dodatku jest słabo zmrożony, więc psy brnąc w 10-15 cm "kaszy" tracą dużo więcej energii. Za to na zamarzniętych jeziorach jest lód i gładko. Podoba się to psom i chętnie przyśpieszają.

Kamik mój lider radzi sobie z każdym kilometrem coraz lepiej. Uczy się jeździć w tych warunkach. Ma niezwykłą inteligencję i wyczucie. W mieście się nie sprawdza ale tu jest doskonały. Trudność ma znaczną - przecież u siebie jeździ tylko po leśnych drogach, a tu takich w ogóle nie ma, tylko trasy ubite przez skutery i tyczki oznaczające drogę. Z godziny na godzinę widzę jego postępy.

Kratalik - jego brat - mój speed lider rewelacyjne nakręca tempo. Ciekawe jest to, że obaj za sobą nie przepadają. Linka między nimi jest zawsze napięta i gdyby nie ona od razu by się rozbiegli w różne strony. Razem jednak bardzo się uzupełniają i tworzą idealny duet. Boję się o 2 rzeczy: aby Kamik dobiegł do końca, bo bez niego będzie bardzo trudno, i o prawą nogę Kratalika... To mój podstawowy pies. Miał w sumie nie jechać. Jesienią okazało się, że ma uszczerbioną kość w barku (prawdopodobnie uderzył się lub zranił w walce) i jej odrobina dostała się do środka stawu. Trzeba było ją usunąć. Operacja nie była groźna ale eliminująca z treningów. Okazało się to jednak niemożliwe. Już po 2 miesiącach od operacji ten dzielny pies po prostu nie był w stanie wytrzymać bez treningów. Słysząc jak inne wyjeżdżają dostawał szału. Sytuacja stała się wręcz dramatyczna - pies po prostu szalał i było ryzyko urazu. Uznaliśmy z weterynarzami, że lepiej już mu dać trenować. Bardzo pomalutku został dołączony do zaprzęgu i okazało się to rewelacyjnym rozwiązaniem. A dziś - proszę - ten pies prowadzi mój zaprzęg na Finnmarkslopet. O zmierzchu przejeżdżam w rejonie mojej zeszłorocznej przygody, gdzie w burzy śnieżnej musiałem spędzić noc. W tym roku jest tu doskonała widoczność i nie ma mowy o zagubieniu się. Dlaczego takich warunków nie miałem w zeszłym roku... Ale widać tak po prostu miało być. Trzeba się uczyć pokory. Tu w górach, na północy nigdy się niczego nie można do końca przewidzieć. W zeszłym roku pokonała mnie burza śnieżna, a co będzie tego roku - to się dopiero okaże. Widzę z daleka kilka stad reniferów. Psy też je czują i wyraźnie się ożywiają. Na odprawie ostrzegano nas, że w rejonie Skaganvarre są reny. Próbowali je przepędzić dalej ale nie do końca skutecznie.

7.03.2009. Noc. Płaskowyż w rejonie Jotka-Skaganvarre.

Zapaliłem mocną latarkę czołową. Kurczowo trzymam się trasy. Nie ukrywam, że mam duży respekt przed tym odcinkiem. Po pierwsze od zeszłego roku wiem, jaki jest zdradliwy, a po drugie zjazd z gór do Skaganvarre...

Rok temu ze względu na niebezpieczeństwa poprowadzono trasę innym szlakiem, a w tym roku jednak trzeba tą stromizną zjechać w dół... Organizatorzy nazywają zjazd "widowiskowym"....Roger Dahl szef trasy Finnmarkslopet na oficjalnej odprawie powiedział tylko tyle: "nie wierzcie innym, ja uważam, że dla psów zjazd nie jest niebezpieczny... Nie używajcie hamulca - na miejscu dowiecie się dlaczego..." I jak tu się nie bać.... Jedziemy nadal bardzo szybko. Na trasie wyprzedziło mnie tylko kilku maszerów. Psy pracują idealnie. W nocy, daleko za mną widzę liczny rząd światełek - to czołówki (latarki nagłowne) kolejnych zawodników. Nieuchronnie zbliżamy się do Skoganvarre i widowiskowego zjazdu. Ale kiedy się on zaczyna? Każde małe wzniesienie i zjazd wywołuje niepewność. Cały czas pomagam psom w jeździe. Podbiegam pod wszystkie wzniesienia. W ogromnym, ciepłym stroju nie jest to łatwe. Na nogach mam kanadyjskie mukluki - tradycyjne buty północne. Są bardzo ciepłe, a przede wszystkim lekkie. Biegnie się w nich nie czując obciążenia. Na wszystkich płaskich terenach odpycham się kijkiem od nart lub nogą. Człowiek popada w jednostajny ruch. 1-2 kilometry odbicia jedną ręką, zmiana dłoni, trzeba przełożyć pasek asekuracyjny i kolejne 2 kilometry drugą ręka. Później dla odmiany jedna i druga noga. Jak jeden z członków ciała zaczyna być zmęczony, jego rolę przejmuje kolejny. I tak bez końca.

Na płaskich odcinkach, gdy sanie w miarę jadą równo - można napić się ciepłej herbaty. Pocący się i pracujący organizm woła ciągle - pićććć! Trzeba wyjąć z worka termos, zdjąć rękawice, odkręcić kurek, nalać herbaty do kubka, napić się i schować wszystko z powrotem. Robi się to oczywiście w biegu.

Przed Skaganvare mija mnie pierwszy zawodnik z trasy 1000-kilometrowej - mknie bardzo szybko. To Kjell Brennodden. Pół godziny później Roger Dahl. Poznałem go i zdołałem pozdrowić. Kilku zawodników krzyczy mi " very nice team" - innym podobają się moje psy. To prawdziwe siberiany. Takich w Norwegii od dawna już nie ma - wyparły je szybsze alaskan husky ale urodą tradycyjnym psom nie dorównują.

Zaczyna się zjazd. Rzeczywiście jest stromy. Ale najniebezpieczniejsze są kamienie. W tym roku jest mało śniegu i jest to duże utrudnienie. Psy na zjazdach mimo ostrego hamowania osiągają duże prędkości. Na trasie jest mnóstwo różnej wielkości kamieni i głazów. W tych warunkach trzeba zapomnieć o kotwicy i jechać na tzw. "bronie" - spowalniaczu. Moje nowe sanie są bardzo zwrotne - to się tu bardzo przydaje ale i tak momentami jest strasznie niebezpiecznie. Połamać sanie i wywrócić się jest łatwo. Kurczowo trzymam sanie w rękach aż do bólu mięśni.

Jest noc, nie wiadomo co czeka za kolejnym ostrym zakrętem. Byle się nie wywrócić. Każdy maszer wie, że przy stromych zjazdach, ostre zakręty, to najtrudniejszy element techniczny. W oddali widać jakieś światła - to zapewne checpoint (punkt kontrolny). O jak dobrze. Udało się bezpiecznie zjechać na dół. Można odetchnąć. Wjeżdżamy na jezioro. Widać tu już dobrze wyznaczone trasy dojazdowe. Ale jest ich kilka, część z nich to trasy do skuterów. Po jakimś czasie zorientowałem się, że jadę niewłaściwym kursem. Trasa wiedzie kilkaset metrów obok. Pomału, jak w żeglarstwie - halsami przestawiam Kamika na właściwy kierunek.

Nie mogę wręcz w to uwierzyć - za chwilę dojadę do Skoganvarre i w dodatku w rewelacyjnie szybkim czasie. Przejechałem właściwie ciągiem około 120 kilometrów ze średnią prędkością około 15 km/h! Ciekawe czy moi pomocnicy i ekipa telewizyjna już tam są. Pewnie się wszyscy zdziwią, bo liczyli na to, że będę tam dopiero za kilka godzin... Jak dojechałem tutaj, to może uda się i dalej...

7.03.2009. Noc. Skoganvarre.





Tu panuje rytuał. Pamiętam go sprzed kilku lat, jak obserwowałem to niezwykłe zjawisko zachowań maszerów nocą, na pierwszym checkpoincie. Teraz ja też jestem w środku akcji. Jest już ekipa telewizyjna. Od samego początku wszystko filmują. Trochę się głupio czuję wobec innych maszerów. Pewnie sobie myślą - o jakiś "gwiazdor", ma własną ekipę, ciekawe co to za gość..

Drugą taką osobą, za którą podąża non stop kamera na wyścigu, to Nina Skramstad - jej handler (pomocnik), to słynny Lars Monsen - podróżnik i gwiazda telewizyjna w Norwegii - robi zapowiedzi i relacje z całego wyścigu.

Nie śpieszę się. Pomalutku upinam psy na linie. Rozpinam im linki ciągowe. Daję snacki do jedzenia. Wokół mnie dziesiątki maszerów robiących to samo. Każdy jak najszybciej chce oporządzić swoje psy, dać im jeść aby później choć chwilkę samemu się zdrzemnąć i najeść. Wodę dla psów biorę z przerębla. Napełniam nią mojej własnej konstrukcji kuchenkę. Zrobiłem ją samodzielnie ze zwykłych garnków kupionych w kraju, pokrywkę dobrałem w sztokholmskim "second hand"-dzie.

W Polsce niestety taka kuchenka w ogóle nie jest do kupienia. Jak w większości mojego wyposażenia muszę sam szukać rozwiązań.

Kuchenka pali się dobrze opalana zwykłym, polskim denaturatem. Wprawdzie na zimnie jest go trudno odpalić ale z pomocą słomy jakoś się to udaje. Z czasem nabieram w tym dużej wprawy. Gotuję wodę. Zalewam nią karmę dla psów i daję im do jedzenia.

Jedzenie dla zwierząt mam różne. Zarówno mojej receptury zrobionej na Mazurach, jak też specjalistyczne, norweskie przygotowywane z łososia (na które otrzymałem pieniądze od mojej mamy). Wszystko jest eksperymentem więc wolę jak mi czegoś zostanie aniżeli zabraknie. Szczególnie chętnie psy jedzą różne snacki (przekąski) zapakowane w naturalny flak. Psy uczą się zachowania na punkcie kontrolnym tak samo jak ja. Jest to przecież dla nas zupełna nowość i rytuał, który trzeba dokładnie spełnić. Interesują się zaprzęgami obok, wiercą ale po najedzeniu kładą się w słomę, zwijają w kłębuszki i zasypiają. Boję się zostawić je same. Wiem co to za "gagatki" i ile potrafią narozrabiać. Mam nadzieję, że zmęczenie weźmie górę i po prostu będą spać.

Idę do mojej ekipy aby coś zjeść. Wśród kilkudziesięciu aut, rozstawionych na zamarzniętym jeziorze, nocą trudno mi jest odnaleźć swoje.

W końcu jest. Czuje jakieś zapachy dochodzące ze środka. Całe wnętrze busa przypomina teraz połączenie jadalni, sypialni i składowiska najróżniejszego sprzętu. Panuje tam totalny bałagan ale atmosfera jest przyjazna i budująca. Wszyscy są pod wrażeniem czasu jaki uzyskałem na trasie.

8.03.2009. Płaskowyż

O 2:47 w nocy, po 6 godzinach odpoczynku ruszam dalej. Przede mną 88-kilometrowy, górski odcinek drogi do Levajok. Wszyscy doradzają mi abym poczekał do rana - ja jednak wolę jechać nocą, psy także.

Droga jest bardzo kręta. Oznakowanie słabo widoczne. Trzeba bardzo dokładnie trzymać się trasy. Po około 20 minutach mija mnie zaprzęg ale jadący w przeciwną stronę... Konsternacja. Czyżbym pomylił drogę? Logicznie wydaje się, że nie- ale tutaj, w nocy wszystko jest możliwe. Krzyczę do gościa o co chodzi, coś mi odpowiada ale nie mogę go zrozumieć. Chwila namysłu. Jadę dalej, uznaję, że to on się pomylił albo z jakiegoś powodu musi wrócić na punkt kontrolny. Pierwsze 10 kilometrów to lekkie górki w dolinie. Bardzo kręte. Częściowo jedziemy po zamarzniętych jeziorkach i rzeczkach. Później zaczyna się wjazd na płaskowyż. Wzniesienia już większe... Pomału doganiam grupę kilku zawodników, którzy wyjechali przede mną z punktu kontrolnego. Bardzo się trudzą. W nocy maszera z daleka widać po jego nagłownej latarce. Doganiam ich i razem, mozolnie wdrapujemy się na kolejne podjazdy. Śniegu sporo więc nogi grzęzną w głębokiej "kaszy".

Od samego początku przyjąłem zasadę, że będę pomagał psom ile się da. Pod każdą górkę podbiegam, pchając sanie. Na płaskim terenie odpycham się nogą, a u podnóża kolejnego wzniesienia zaczyna się ponowny bieg.

Buty mukluki są lekkie, ale zapadają się w śnieg. Pot zalewa całe ciało. Po wbiegnięciu na górę ledwo wskakuje się na płozy sań aby choć trochę złapać oddech. I po chwili kolejne wzniesienie. I znowu to samo. Pot, zmęczenie, nogi mdleją. Ostatnie kroki, walka z pokusą aby nie wbiegać na sam szczyt, tylko stanąć na płozach sań wcześniej. Ciągle nadzieja, że to już ostanie wzniesienie. Ale gdzie tam, z dołu tego nie można dostrzec ale tu wyżej widać dokładnie - za każdą kolejną górą jest....następna. Trwa to w nieskończoność. Wyprzedzam na podbiegach kolejne zaprzęgi. Maszerzy patrzą na mnie dziwnie....wiem co myślą.

Dalej. Po kilkunastu podbiegach dostajemy się na płaski teren. Może to już płaskowyż... Jednak nie - w oddali, w mroku widać dalekie światełka maszerów, którzy rozpaczliwie wraz z psami wdrapują się wyżej.

Boże...żeby chociaż ten śnieg był bardziej ubity... Trudno powiedzieć ile czasu to trwało. W końcu udało się dostać na górę, choć to jeszcze nie koniec. Jesteśmy bardzo zmęczeni ale psy gdy w końcu nie czują podbiegu przyśpieszają. Teraz, jak zawsze w górach pojawia się porwisty, zimny wiatr. Jak to działa na spocone ciało nie muszę tłumaczyć. Człowiek czym prędzej zapina wszystkie zamki, które wcześniej otwierał aby się wentylować.

Zaczyna świtać. Widzę 2 zaprzęgi, które zatrzymują się na karmienie psów. Na tzw. snacki, przekąski. Chodzi o to aby często karmić psy - zużywają bardzo dużo energii i trzeba ją uzupełniać. Postanawiam jeszcze trochę podjechać.





Jak na życzenie - na poboczu czeka na mnie posłanie ze słomy. Domyślam, się, że to miejsce odpoczynku zaprzęgu Niny Skramstad. Wiem, że jako jedyna nie zatrzymała się na punkcie w Levajok i pognała na trasę dalej, realizując jakąś wymyślną taktykę. Wykorzystuję jej słomę. Psy chętnie się na niej rozkładają, ja je karmię i sam mam chwileczkę odpoczynku.

Łyk ciepłej herbaty tu smakuje jak delicja. W ogóle nie mam apetytu. Nic mi się nie chce jeść, jedynie potrzebuję płynów. Inne zaprzęgi zatrzymują się na króciutkie postoje - góra 15-minutowe. Ja odpoczywam 40-60 minut. Mam świadomość, że mógłbym jechać szybciej ale nie wiem co mnie czeka dalej. I czy psy wytrzymają tak duże tempo? Wolę nie ryzykować. Wymija mnie kilka zaprzęgów, a jedna z młodych maszerek zatrzymuje się za mną i prosi aby moje psy poprowadziły jej zaprzęg na górę płaskowyżu. Cwaniara... Ale oczywiście się zgadzam poderwać jej psy do akcji.

Jedziemy dalej. Na szczycie płaskowyżu jest jeszcze zimniej, bardziej płasko, więcej śniegu. Jedzie się o wiele przyjemniej. Norweszka, którą "wholowałem" na górę wyprzedza mnie. Robi to tak fatalnie, że najpierw uderza w moje sanie, a później przejeżdża płozami po łapach kilku moich psów. Gdyby to nie była kobieta.... Widać, że nie wszyscy mają odpowiednie doświadczenie i umiejętności. Zapewne to kolejna córka jakiegoś maszera, albo dawna handlerka, która teraz sama próbuje swoich sił. Puszczam ją przodem aby móc swobodnie jechać samotnie w górach. Jest już dzień.

Widoki niezwykłe ale monotonne. Śnieg podnoszony przez wiatr powoduje efekt wszechogarniającej mgły. Nie wiadomo gdzie się ten świat wokół zaczyna, a gdzie kończy. Wszędzie tylko biel. Na szczęście widać dobrze drogę więc jadę swobodnie. Robię nawet kilka zdjęć. Z zaprzęgu nie jest to łatwe ale na płaskich odcinkach możliwe. Droga się bardzo dłuży. Nie ma nic ciekawego. Nic się nie dzieje. Po prostu jedziemy. Rozmawiam długo z psami. Modlę się. Wypatruję końca szlaku.

 







Dmucha całkiem mocno i jest zimno ale takie warunki bardzo mi odpowiadają. Wolę zimno od wyższej temperatury. Po 2-3 godzinach drogi wypatruję jakiegoś osłoniętego miejsca na postój. Ale nic nie widać. Tylko zaśnieżone wzgórza. Gdzieniegdzie samotne głazy. Żadnej roślinności. Jedynie pod śniegiem widać reniferowy chrobotek i pełno odchodów tych prześlicznych zwierząt. Kiedyś widziałem w sprzedaży cukierki w kształcie reniferowych "bobków", tak się też nazywały.





W lekkiej rozpadlinie wśród kamieni znajdujemy trochę osłoniętego miejsca i tu robię kolejny postój. Wypiłem już całą herbatę z termosa. Chce mi się pić. Jedzenie śniegu, w przeciwieństwie do moich psów mi się nie podoba. Psy zaś w ten sposób zaopatrują organizm w wodę. Na postojach prawie w ogóle nie chcą pić.

Jak na życzenie z daleka widzę leżący na śniegu jakiś napój w butelce. Pewnie zgubił go jadący wcześniej zawodnik. Zręczny chwyt i już mam go w ręce. Dziękuję Bogu za ten prezencik. Ale nie jestem pewny co to jest. Dziwny, kolorowy z norweskimi napisami trunek. Postanawiam jednak sprawdzić.... W smaku jak woda z cukrem i trochę chemii... Czyli zwykłe chemiczne "badziewie" z marketu. Ale dobre i to. Piję kilka łyków - jest schłodzony, na wpół zamarznięty. Następnie stawiam znalezisko na przydrożnym kamieniu - może się komuś jeszcze przyda. W końcu pojawia się upragniona tabliczka - "Do następnego punktu kontrolnego - 20 km". Po dłuższym czasie jazdy w samotności taki znak podnosi na duchu.

Pomału rozpoczyna się zjazd w dolinę rzeki Tana (Tenojoki). Zazwyczaj punkty kontrolne (checkpoints) są zlokalizowane w dolinach przy jakichś osiedlach ludzkich. To ułatwia sprawę dojazdu i obsługi miejsca.

Levajok, to malutka osada nad rzeką, a właściwie coś w rodzaju małej przystani z barem. Wiem, że spalił się 2 lata temu ale na szczęście go odbudowano. Pomału zaczynamy zjeżdżać w dół. Pojawiają się drobne krzaki, to karłowata brzoza omszona. Przez następne 10 kilometrów istny tor przeszkód - ciągłe muldy śniegowe, dosłownie co 5-10 metrów i głęboki śnieg. W dołach psy grzęzną w białym puchu. Droga ciągnie się w nieskończoność. Muldy i śnieg i tak do znudzenia. Niżej pojawia się mała rzeczka.

Po ponad godzinnym zjeździe na dole spotykam parę narciarzy. Pytam się ile kilometrów do Levajok? Odpowiadają, że 7..., a więc odległości są ustawiane z dokładnością do 5-10 kilometrów. Lepiej się nimi nie sugerować...

Jedziemy coraz bardziej w dolinę trzymając się rzeczki, która mocno się wije. Miejscami jest rozmarznięta i widać jej osty nurt i piękne spiętrzenia lodu. Jeszcze niżej szlak się rozdwaja. Początkowo nadal jadę wzdłuż już całkiem szerokiej rzeki, ale widzę, że to jej drugim brzegiem poprowadzono szlak. Woda w tym miejscu jest raczej niepewna do przeprawy, więc zawracam szukając prawidłowego zjazdu. Gdy jestem już na właściwym szlaku dostrzegam jak identyczny błąd zrobiła para maszerów. Krzykiem instruuję ich aby zawrócili. Jadę już do checkpointu. Szlak przechodzi pod malutkim mostem. Jest wąziutki i niski, a obok płynie woda. Wjeżdżam na dużą rzekę. Poznaję już to miejsce sprzed kilku lat. Po 2 kilometrach docieram do kolejnego punktu - osady Levajok. Jest godzina 11:01. Zatem w ciągu pierwszej doby wyścigu przejechałem z psami 200 kilometrów. Psy są w doskonałej kondycji. Ja także. Choć odczuwam bule nóg i ramion od ciągłego "pedałowania". Zatem następny odcinek zaliczony.

8.03.2009. Levajok na granicy z Finlandią.

 



Psy już wiedzą jak się mają zachować na punkcie. Od razu doceniają zaletę ciepłej, suchej słomy. Otrzymują jedzenie. Weterynarz ogląda szczegółowo psy. Siko dostaje zalecenie aby rozmasować i ogrzać jej przednią łapę. Z masarzem nie ma problemu ale specjalne ocieplenie zrywa momentalnie. Trudno, nic na to nie poradzę. Ogólnie psy są w doskonałej kondycji, także ich łapy. To kontroluję najdokładniej - wszak to jedyny zaprzęg pokonujący trasę bez butów. Gdy psy zasypiają, ja udaję się do samochodu. Jest też ekipa telewizyjna. Kręcimy sporo materiału na postoju. Podoba mi się taka praca, bo nic nie trzeba tu udawać, wszystko dzieje się na "żywo". Poza tym doskonale się z nimi rozumiemy. Są częścią zespołu. Sami budują doskonałą atmosferę. Reżyserka - Beata, jest totalna "zmarźlaczką" - dla niej pobyt tutaj jest dużym wyzwaniem. Jest profesjonalistką dlatego szczegółowo musi sama wszystkiego dopilnować. Piotrek - doskonale spisujący się pomocnik przygotowuje mi jakieś niezwykle smaczne pierogi. To naprawdę wspaniały człowiek. Dobrze go mieć koło siebie. Znamy i przyjaźnimy się od lat. Zaczęło się wiele lat temu od wspólnej obrony drzew w okolicach Orzysza. Zawsze jest chętny do pomocy. Niewielu jest ludzi, na których można zawsze liczyć. Poza tym to suwalski restaurator. Właściciel kultowej Galerii-Pizzerii Rosmarino. To tam można obejrzeć najlepsze wystawy fotograficzne jednocześnie delektując się smakiem doskonałych potraw. Od dawna wiem, że tam też można zjeść najlepszą pizzę w Polsce.

Znam też jego historię i niezwykle imponuje mi tym, że do wszystkiego doszedł własną pracą i niezwykłą determinacją.

Może teraz warunki w samochodzie, to nie restauracja ale jakże wszystko doskonale smakuje. Wszak sam mistrz przygotowuje mi ciepłe posiłki. Jest strasznym optymistą. Wierzy we mnie chyba bardziej niż ja sam w siebie. Wręcz się sprzeczamy. Ja jestem ostrożny z ocenami. Sądzę, że jak dojadę do następnego punktu, to i tak będzie dobrze. On jest pewny, że będzie mnie witał w Alcie...Myślę, że po prostu nie wie jak trudno jest na szlaku. Z perspektywy punktu kontrolnego w dolinie skala trudności tego wyścigu wygląda inaczej. Korzystając z okazji postanawiam odwiedzić ....toaletę. Szok. Jak tam ciepło. Dosłownie można usnąć na...sedesie. Najpierw jednak trzeba się rozebrać, a w przypadku obszernego stroju maszerskiego, to nie jest takie proste.

Zostały 2 godziny wolnego czasu - postanawiam się odrobinę przespać. Pomocnicy obserwują psy. To taki zwyczaj, gdy maszer śpi. Nie mogą do nich podejść (dla wszystkich poza maszerem jest to zabronione) ale z odległości je widać i można kontrolować sytuację. Ja wiedząc, że wszystko jest pod opieką mogę przez chwilę odpocząć.

Wstawaj, już czas - słychać głos Piotrka. Długo sobie nie pospałem.... Szybkie jedzenie. Raczej mało i na siłę - apetytu ciągle nie mam. Żegnam się z ekipą i idę do psów. Odcinek jest niezbyt długi - 86 kilometrów. Ale za to po raz pierwszy zupełnie nizinny. Trasa wiedzie po zamarzniętej rzece Tana i Karasjohka. Idealna trasa aby pokonać ją nocą. Startuję o godzinie 17:42. Każdy odcinek różni się od siebie. Teraz głównie to monotonnie płynąca rzeka, pokryta lodem. Czasami można spojrzeć w dół i widać, jak pod grubą warstwą lodowego szkła płynie rzeka. Nie jest to jednak droga którą można jechać i spać. Ciągle szlak lawiruje i trzymanie się go nie jest proste. Psy mylą różne inne ślady, więc ja muszę cały czas mieć napiętą uwagę. Jest ślisko i zarówno ja, jak też zwierzęta co chwila wpadamy w poślizgi. Tu najłatwiej odpychać się kijkiem do nart. Co 1-2 kilometry zmieniam rękę. Dzięki temu psy właściwie w ogóle nie muszą ciągnąć sań.

Jest to też jedyny odcinek, gdzie słychać i widać cywilizację. Nad rzeką dużo jest samotnych chatek. Wydaje się, że są zamieszkałe ale to tylko myli ten skandynawski zwyczaj zostawiania w oknach światła. Dla podróżujących.

Swoją drogą, to strasznie mało oszczędny naród albo tak bogaty... Te włączone światła, które palą się non stop latami muszą sporo kosztować. A może to koszt kultywowania tradycji. Czasami słychać też samochody jadące drogą biegnącą równolegle do rzeki. Wyobrażam sobie, że moja ekipa może właśnie mnie gdzieś tu mija i z odległości kilku kilometrów widzi w mroku, na rzece moją latarkę. Jadą sobie w ciepłym autku... Są momenty, że śpię na saniach stojąc i jednocześnie odpychając się ręką. Łapię się na tym co chwila.

W połowie drogi w środku nocy robię postój na rzece. Bardzo trudno jest wbić w lód kotwicę, a bez tego boję się, że psy mogłyby odjechać same, beze mnie. To byłaby tutaj tragedia. Nawet nie potrafię jej sobie wyobrazić. Nie miałbym absolutnie żadnej pomocy. Teraz zawodnicy są mocno rozproszeni. Jak ja bym odnalazł swoje psy... Dlatego przy wszystkich postojach ciągle się asekuruję. Muszę mieć 200%-ową pewność, że zaprzęg jest bezpieczny. Na szczęście psy są jednak zmęczone i nie mają w głowie dowcipów. Takich, jakie czasami przytrafiają się nam na treningach.

Noc dłuży się strasznie. Jest pustka. Tylko psy i ja. Jest to jednak fantastyczne przeżycie. Nawet u siebie w Republice aż tyle czasu nie spędzam z moimi psiakami. Zbliża to nas jeszcze bardziej. Aby nie zasnąć, a także z takiej potrzeby ciągle z nimi rozmawiam. Często je chwalę. Dogłębnie czuję, że jesteśmy jednym organizmem. Na co dzień mam zasady traktowania psów jako członków rodziny i najbliższych przyjaciół. Tu jednak wchodzimy wspólnie na jeszcze głębszy poziom. To fantastyczne uczucie. Razem pracujemy, ryzykujemy, męczymy się. Myślę, że są to najwartościowsze relacje człowieka i zwierzęcia. W przytulaniu się do siebie i wspólnym tylko życiu takich poziomów i relacji się nie doświadcza. W prawdziwym maszerstwie, które nawiązuje do tradycyjnych relacji człowieka i psa jest wręcz niezwykła mistyka. I właśnie teraz, tu , w nocy, samotnie na rzece doświadcza się to dobitnie. I jest to fantastyczne uczucie.

Postanawiam dać odpocząć trochę Kratalikowi. Nie wykazuje żadnych złych oznak, ale chcę pomóc trochę jego osłabionej nodze. Oczywiście na siłę chce się wydostać z worka i dalej biec. Aby go trochę profilaktycznie oszczędzić do końca wyścigu będzie biegł z Fenrisem (psem od Rogera Dahla, po psach Jeffa Kinga - legendy Iditarod) jako tzw. swing dog (pies wspomagający liderów). Ta sytuacja daje możliwość sprawdzenia się w roli speed leadera jego syna - Shaktoolika. Od dawna budzi moją ciekawość i już w jego dzieciństwie dostrzegłem w nim duże możliwości. Parokrotnie sprawdzał się na treningach. Pies okazuje się jeszcze lepszy od ojca. Sprawdza się doskonale. Jest niezwykle chętny do pracy, prowadzi zaprzęg szybkim, i co ważniejsze - bardzo równym tempem. Doskonale zgrywa się z Kamikiem.

Zatem Kratalik przekazuje doskonałe cechy dla swoich dzieci. W zaprzęgu biegną też jego córki - Siko i Semigak. Poza tym jest przepięknej urody. Dosłownie wszystko w jednym.

Przede mną pojawia się tabliczka "20 km do następnego checkpointu", a kilka kilometrów dalej widać już łunę Karasjok. To niezwykłe miasto. Zamieszkałe zaledwie przez kilka tysięcy mieszkańców. Ale właśnie tu jest norweski biegun zimna. To stolica Lapończyków, gdzie mają nawet swój parlament.

Przejeżdżam nocą pod mostem w Karasjok. Widzę monumentalne rzeźby ze śniegu i lodu przedstawiające Sfinksa i Piramidy... Cha, cha - to o tym myślą Lapończycy? O cieple? A ja drałuję na północ po zimno.

Za miastem znajome widoki sprzed kilku lat. I stoją nawet zamarznięte i zaśnieżone 2 samoloty, w których chciałem kiedyś ukryć się przed zimnem. Ale wtedy było tu ponad minus 40 stopni. Dziś jest dużo wyższa temperatura. Za wysoka jak dla mnie. Skręt z rzeki, wjeżdżam na pole checkpointu. Jakiż on znajomy. Nawet mała wiata nadal stoi. Tradycyjnie biorę słomę dla psów. Swój worek z karmą i prowadzony przez wolontariusza jadę w wyznaczone miejsce postoju. Zatem o niespełna 3 godzinie w nocy jestem już poza półmetkiem wyścigu - w Karasjok. Nie może być lepiej.






9.03.2009. Karasjok

O 9:11 startuję do następnego etapu. Jest to najkrótszy ze wszystkich przejazd do malutkiej wioseczki zamieszkałej przez kilkunastu Lapończyków - Jergul. Ciekawostką tego miejsca jest to, że istnieje tam drużyna piłkarska, a zawodniczkami są także kobiety. Noszą z dumą emblematy drużyny z symbolem ryby - wszak osada znajduje się nad rzeką Jiesiokka.





Po raz pierwszy jadę cały odcinek w ciągu dnia. W dolinie jest bardzo ciepło. Zaraz za Karasjok wspinamy się do góry wyjeżdżoną turystyczną trasą dla skuterów. Przejeżdżamy przez obszar parku narodowego z tablicami informacyjnymi. Jest tu nawet trochę drzew. Po kilkunastu kilometrach jesteśmy już jednak znowu wysoko na płaskowyżu. Tradycyjnie aż po widnokrąg widać tylko góry, kamienie i archaiczną, skąpą roślinność tundry. Trasa jest dobrze wytyczona, jadę spokojnie. Jednak w pewnym momencie szlak wyraźnie się rozdziela i obserwuję coś dziwnego - tyczki prowadzą w 2 kierunkach. Gdzie mam jechać? Zatrzymuję zaprzęg, wyjmuję mapy. Zorientowanie miejsca pobytu jest jednak niemożliwe. Trzeba zaryzykować. Patrzę na ślady sań. Większa ich część jechała w prawo więc i ja tam się udaję. Przez następne kilkanaście kilometrów, mimo, że ciągle jadę oznakowaną trasą Finnmarkslopet, to jednak nie mam 100%-owej pewności czy robię dobrze. Nie jest to komfortowe uczucie... Zrywa się bardzo silny wiatr i spada temperatura. Jakże jest ona tu zmienna, wystarczy wjechać w góry, a już jest się jakby w innym świecie. Przez prawie 20 kilometrów jadę wzdłuż ogrodzenia dla reniferów. Ciągną się one tutaj dziesiątkami kilometrów.





Czas na mały postój. Karmię psy mimo szalejącego wiatru. Jest to też doskonała okazja do zrobienia kilku zdjęć. Trzeba jednak do tego zdjąć rękawiczki. Na zimnie kadrowanie, ustawianie przesłon robi się mało dokładnie. Widok siniejących z zimna rąk na to nie pozwala. Nie ma tu komfortu pracy. Ale parę zdjęć udaje się zrobić. Fantastycznie wypada zdjęcie Siko jedzącej na mrozie przekąski.

Nagle pojawia się obok mnie samotny zaprzęg. Maszer widząc mnie fotografującego psy dosłownie osłupiał... Raczej nie jest to dla nich normalny widok. Zdecydowana większość zawodników podchodzi do sprawy raczej sportowo. Dla nich zrobienia zdjęcia byłoby nierozsądnym traceniem cennego czasu.





Momentami niebo się przejaśnia ale i tak widoczność jest słaba. Jadę nadal kilkadziesiąt kilometrów płaskowyżem.Czasami w ogóle brak śniegu. Wiatr wywiewał go regularnie. Ślizgi na płozach niszczą się w takich sytuacjach mocno. Większość zawodników zmienia je po każdym etapie. Ja mam tylko jedne więc nie muszę się o to martwić. W oddali widać pojedyńcze brzozy, a po kilku kilometrach, ciągle zjeżdżając w dół jest ich coraz więcej. Znak to, że pomalutku zbliżamy się do doliny. Jeszcze tylko kilka ostrzejszych zjazdów, przejazd koło zagrody z reniferami, na które psy intensywnie reagują i już wjeżdżamy na rzekę wiodącą do checkpointu Jergul. Dojeżdżam tam na 15:08.





Weterynarz od razu ogląda moje psy. Uznajemy, że profilaktycznie u 2 z nich (Siko, Okarnak) dogrzejemy kilka stawów. Ogólnie jednak członek drużyny weterynaryjnej - ochotnik z Włoch jest pod wrażeniem zarówno urody psów, jak też ich kondycji. Wypytuje mnie o różne rzeczy: moje zasady hodowli, jak mam zorganizowany kynel. Twierdzi, że mam oryginalne podejście do zwierząt. Przecież większość tutejszych maszerów trzyma psy na łańcuchach i traktuje zawodowo albo wyczynowo. Plotkujemy trochę o innych... Psy dodatkowo okrywam kocami, są nakarmione, a za kilka godzin wyruszymy do następnego etapu. Już ostatniego. Czy się uda dojechać - zobaczymy.

Jergul.09.03.2009

Moja ekipa i przyznaję ja sam bardzo lubimy ten punkt. Po raz pierwszy można siedzieć w cieple, bez potrzeby wychodzenia na zewnątrz. Jest tu mały punkt gastronomiczny dostosowany do potrzeb wyścigu. W środku panuje wysoka temperatura. Można się umyć, wysuszyć spocone ubranie. A przez okno, na rzece widać psy. Panuje tu ciekawa atmosfera. Maszerzy śpią w przeróżnych miejscach, najczęściej na ziemi. Ja w ogóle nie wychodzę na zewnątrz, jak najwięcej korzystam z okazji i dogrzewam wyziębiony organizm. Poza tym, mimo, że jest to bar, to jak zresztą nigdzie tutaj w ogóle nie ma osób pijanych i nie trzeba wdychać smrodu papierosów. I sam ten fakt dla Polaka, to już bardzo dużo. Rozmawiamy z właścicielami baru o wielu tematach. Uczą nas nazw tradycyjnych roślin, a my przekazujemy im cały zestaw polskich, tradycyjnych dań. Dostają miód ze ściborskiej pasieki, kiszoną kapustę, suszone jabłka. Wszystko to dla nich nowość. Ze względu na temperaturę nie mają możliwości uprawiania owoców - jedynie znane są im truskawki, które ze względu na krótki okres wegetacyjny są w stanie tutaj dojrzeć. Owoców dzikich też nie mają dużo - głównie to malina moroszka. Konwersacja jest miła i daje obustronną, nową wiedzę. Jergul, to jednocześnie miejsce obowiązkowego odpoczynku dla maszerów. Trzeba tu przebywać minimum 6 godzin. Wszyscy zawodnicy wyruszają na dalszą trasę bezpośrednio po upływie tego czasu. Nawet minutowe spóźnienia się nie zdarzają. Ja trochę inaczej podchodzę do sprawy, więc godziny startu nie traktuję sztywno. Pomalutku. Zdążymy.

Jest godzina 21:22. Wyjeżdżam na trasę ostatniego etapu wyścigu. Właściwie są to dwa odcinki, ale najważniejsze, że droga prowadzi już do Alty. Trasa liczy 133 kilometry. Jako nieliczny wyjeżdżam z punktu wszystkimi psami. Większość zawodników pozostawia tu najsłabsze i najwolniejsze psy aby nie zwalniać tempa całego zaprzęgu. Ja od samego początku założyłem, że o ile nie nastąpią inne okoliczności (np. choroba psa), to postaram się dojechać do mety całym zaprzęgiem. Na razie nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań. Weterynarze także pozytywnie ocenili zdolność psów do drogi.

Pierwsze kilometry są dosyć wolne. Psy muszą rozgrzać mięśnie. Ale już po kilku kilometrach biegną swoim normalnym tempem. Wiem, że już pierwsi zawodnicy dotarli do mety. Mają dobre czasy na ostatnim etapie. Rzeczywiście trasa jest szybka. Nie ma śniegu, jedynie dużo lodu. Pierwsze 30 kilometrów pokonujemy bardzo sprawnie. Na trasie mijam tylko jednego maszera. Ma jakieś problemy z jednym psem, który biegnie luzem obok zaprzęgu. Po kolejnych kilometrach robię postój i karmię psy.

Na tym obszarze nie ma jakichkolwiek ludzkich osad. Poza dwiema - są to rodzaje ukrytych w górach i tundrze schronisk. Przy jednym z nich gubię drogę. Ostry zjazd ze szlaku był źle oznakowany. Na szczęście szybko zorientowałem się w pomyłce, robię nawrót i wracam na prawidłowy szlak. W nocy, na płaskowyżu tundrowym nie ma co oczekiwać jakichś atrakcji ale czasami urozmaicenie się zdarza. Raptem koło szlaku widzę obozowisko ogrodzone nartami, jeden duży namiot, a obok pies w specjalnie dla niego urządzonym igloo z płatów śniegu. Widocznie jakaś ekipa "twardzieli" w ten sposób podróżuje po tundrze. Wszyscy w namiocie śpią więc nie dowiem się kim są ci ludzie. Tego rodzaju spotkania zawsze wywołują we mnie podziw. W Polsce, w takich warunkach niezwykle trudno spotkać tak podróżujących turystów. Niestety, trzeba się uderzyć w pierś i wyznać, że raczej jesteśmy pod tym względem mięczakami. Tu w środku zimy, przy niskich temperaturach ciągle spotyka się ludzi jeżdżących rowerami, całe rodziny ( a nawet całe szkoły) wędrują na nartach, stare babcie jeżdżą na saniach po zakupy, a wyjazd w weekend skuterem daleko w głąb tundry jest rodzinną tradycją.

Myślę, że moglibyśmy od Skandynawów się wiele nauczyć. Może wtedy na Mazurach nie byłoby tzw. "martwego sezony turystycznego", gdzie ośrodki z pospuszczaną wodą z instalacji od września czekają lata. Potencjału jesienno-ziomowo-wiosennego naszej krainy nie wykorzystujemy nawet w procencie.

Zrywa się mocny wiatr i śnieg. Dmucha naprawdę ostro. Zapinam jak najmocniej kurtkę i stając bokiem do wiatru staram się kontrolować trasę i psy. W tej niezwykłej scenerii (oprócz tego, że jest zimno, mało widać, to jednak jest pięknie i wręcz magicznie), w opustoszałych górach pojawiają się jak widma, daleko w tyle światełka. Wiem, że to jacyś maszerzy jadą za mną. Odwracając się czasami widzę jak jasne punkciki ich latarek zaciera wiatr i śnieg.

Ich pogoń za mną trwa kilkanaście kilometrów. Po jakimś czasie mnie doganiają. Nie znam ich ale wiem, że to ta sama ekipa 4 Norwegów z którą jadę równolegle już od początku wyścigu. Pojawienie się zaprzęgów w tym wietrze i śniegu, tu na odludziu jest czymś niezwykle plastycznym i magicznym. Gdyby to można było nagrać albo zrobić zdjęcia... Pomału w ciszy część z nich mnie wyprzedza. Wszystko odbywa się w ciszy i spokoju. Jeden z maszerów chcąc dołączyć do towarzyszy wielokrotnie, bez powodzenia próbuje mnie minąć ale jego psy jakby nie wiedzą o co chodzi. Zatrzymuję się aby mógł to zrobić swobodniej. Dziękuje i jedzie dalej.

Ja podążam za nimi. Przez następne 20 kilometrów widzę, jak we mgle ich sylwetki targane są wiatrem. Czas ciągnie się w nieskończoność. Samotna pustka, tylko czasami przerywana przeze mnie jakimiś tekstami wyrzucanymi do psów na wiatr, który wieje bardzo mocno. Szlak, na szczęście widać dobrze. Śnieżyca, w świetle latarki, przetaczająca się przez niego z lewej strony robi niezwykły efekt.

Zimno. Pracując ciągle rękoma i nogami rozgrzewam ciało. Chce mi się bardzo spać, trochę ze zmęczenia i niewyspania ale też scenografia i atmosfera miejsca jest senna. Człowiek jest w stanie dziwnego odrętwiały i działa jak automat. Myślenie jest jakieś inne, jakbym był w letargu. W takiej sytuacji łatwo się domyśleć jak dochodzi do zamarznięcia. Myśli są takie, jakby ktoś ciągle podpowiadał: "zatrzymaj się, połóż, zaśnij".

Przy zmęczeniu, zimnie i znużeniu łatwo pozostać tutaj na zawsze. Gdzie ta Jotka? Może za tym wzniesieniem. Nie ma jej. Może za następnym. Ciągłe wypatrywanie tego punktu kontrolnego będącego jedynym miejscem cywilizacji w całej okolicy doprowadza do absurdu. Trwa to godzinami. Oczywiście trzeba jechać dalej. Nie ma wyjścia. Ale jakżeby było dobrze dojechać już do jakiegoś miejsca znajomego.

Zimno, ciemno, wieje i ...do domu daleko - można by rzec. Ciągle przysypiam na saniach. Budzą mnie nagłe uderzania w znajdujące się na poboczu drewniane słupki oznaczające przebieg trasy. Dzieje się tak kilkakrotnie. Mimo ciągłej pracy rękoma (odpycham się kijkiem do nart) co chwilę tracę świadomość na kilka minut, przebudzam się, robię jakąś gimnastykę ale po chwili sytuacja się powtarza...

Gdzie jest Jotka? Raczej jeszcze trochę trzeba jechać, widzę w oddali przed sobą światełka maszerów. Nie jestem sam, choć wszystko dzieje się tu jakby nie na jawie. W końcu tabliczka informująca, że do punktu pozostało 20 km.... O rany jeszcze 20 kilometrów.... I znowu wszystko się strasznie dłuży.... Znowu wypatrywanie. Może za następnym wzgórzem... I nagle jest. Wyraźnie widać światła, znajome 3 drewniane budynki. Jacyś ludzie wokół. Widać zaprzęgi, które mnie wyminęły. Dojeżdżam i ja. Zapisuję się u organizatorów. Jest 4:14 rano. Jak miło mnie witają na punkcie. To niezwykła odmiana po tylu godzinach jazdy w śnieżycy i nocy. Organizatorzy zapraszają mnie do chaty na kawę. Dziękuję i odmawiam - jak zwykle boję się zostawić psy same. Poza tym więź, która jest między nami teraz powoduje, że gdybym je opuścił - czułbym się jak zdrajca, świnia.

Organizatorzy pytają mnie czy nie zostawiam tu jakiegoś psa. Robią to wręcz nachalnie, widząc, że jadę całą 8-ką. Odmawiam. Mówię im: razem wystartowaliśmy i razem dojedziemy, choćbym miał je wieść w worku na saniach. Poza tym widzę do słupków poprzywiązywane i śpiące zwinięte w kłębki w słomie psy innych maszerów.

Biedaki zostały tu same i nie wiadomo kiedy je ktoś dowiezie skuterem do Alty. Nie wyobrażam sobie aby tu zostawić jakiegoś z moich psów. Ale przede wszystkim, jak na razie czują się doskonale i wszystkie mogą biec dalej. Pozostałe zaprzęgi postanawiają ciągiem jechać dalej. Ich psy pomalutku, machinalnie ruszają w ostatni 53-kilometrowy odcinek. Może to i lepiej, po co tu stać. Ale ten ciągły wiatr i zmęczenie... Postanawiam się zatrzymać na chwilę - jakieś 20 minut. Przynoszę ze strumienia wodę dla psów, daję im snacki. A co tam - myślę - podrzucę im trochę słomy, niech się na chwilę na niej położą. A z drugiej strony osobista oszczędność podpowiada - po co na chwilę będziesz marnował czystą słomę... Zwycięża kompromis - rozrzucam tylko pół "ciuka". Psy kładą się i zapadają w sen. Ja także obok nich, przytulam się do Siko...zasypiam... Budzi mnie chłód. Wydaje mi się jakbym spał 5 minut ale patrzę na zegarek - o rany jestem tu już ponad godzinę. Muszę jechać. Zaspałem.

Muszę się rozruszać. Jestem cały odrętwiały. Ramion, barków prawie nie czuję. Pakuję szybko rzeczy. Mam spory zapas jedzenia, który zabrałem na trasę. Teraz psy też nie zjadły wszystkiego. Oczywiście każdy maszer wyrzuciłby zbędny balast... Ale ja jestem za bardzo oszczędny- zbieram wszystko, takie wychowanie. Po mnie nie może zostać nigdzie żaden śmieć i resztki.

Muszę wypisać się z punktu - idę do chaty organizatorów. Wszyscy śpią. Dzielni ludzie, tyle dni jako wolontariusze na nogach, a praca na punkcie kontrolnym nie należy do łatwych. Bardzo ich za to szanuję. Także się z nimi identyfikuję, bo wiem, że ta ich praca jest także dla mnie. Pamiętam ile to kosztuje - z Justyną tyle razy organizowaliśmy społecznie wiele imprez, także zawodów. Jeszcze nie zapomniałem, jak przygotowując 600-klometrowy wyścig w 2000 roku na Mazurach, padaliśmy ze zmęczenia... Nie chcę ich budzić. Znajduję listę wyjazdową, podpisuję się i wstawiam godzinę. Idę do psów i chcę odjeżdżać.

Słyszę krzyki. Biegnie organizator abym wypisał się z punktu. Jaka czujność, coś niezwykłego. Jestem pełen uznania dla ich szacunku do pracy. Tłumaczę mu, że sam się wypisałem. On nie może zrozumieć...Ale sprawdza listę - faktycznie. Jest zdziwiony. Serdecznie się z nim żegnam, życzę spokojnej nocy i wyruszam do Alty. Psy początkowo, jak zwykle poruszają się najpierw wolno, lekko odrętwiałe, prawie każdy z nich się w biegu załatwia. To trwa jakiś czas by po chwili, swoim naturalnym truchtem , rytmicznie biec dalej.
Jedzą śnieg.
Ja dzielnie "pedałuję" razem z nimi.
Jest jeszcze noc ale zaraz zacznie świtać.
Tą drogę już znam - ona wiedzie do mety, do Alty.


Joatka-Alta.10.03.2009. Świt.

To pierwszy odcinek, który się nie dłuży. Choć powinno być inaczej. Znam dobrze drogę, jechałem tędy już wiele razy. Zaczyna świtać. Poznaję kolejne etapy. Coraz bliżej. Kończy się tundra, Zaczynamy wjeżdżać na skraj płaskowyżu. Wokół sporo letniskowych domków Norwegów. Oczywiście wszystkie są puste.

Kamieniołom i zjazd w dół. Przy świeżych, nie zmęczonych psach jest on bardzo niebezpieczny ale teraz zjeżdżamy w dół pomalutku i bezpiecznie. Sanie nie trzymają się już dobrze szlaku, ślizgi na tych wszystkich kamieniach zniszczyłem doszczętnie, nie ma to jednak już znaczenia. Ciekawe, czy przy dawnym restarcie (miejsce ponownego startu), na moście będzie ktoś z ekipy? Nie ma nikogo.

Mam nadzieję, że ich nie zaskoczę....dobrze by było aby zdokumentowano mój dojazd do mety. Znajome trasy na rzece Altaelva. Tu znam już każdy zakręt. Do mety zostało już tylko 20 kilometrów. Piotrek wierzył we mnie, że dojadę do końca. Ja zawsze byłem ostrożny w takich ocenach. Dopiero teraz, na pewniaka wiem, że tak się stanie - dojadę do mety w Alcie i ukończę 500-kilometrowy Finnmarkslopet.

Psy biegną spokojnie, żaden nie kuleje. Gdy przejeżdżamy obok campingu uparcie chcą wrócić na nasz postój. Mądre psiaki. Ale jeszcze musicie przebiec 10 kilometrów - później obiecuję Wam będziemy się razem lenić tyle ile nam się zechce.
Zasłużyliśmy na to.



 


Rozpinam kurtkę aby widać było mój numer startowy. Pod małym wiaduktem widzę ekipę, Piotrek robi zdjęcia. Gratulują mi. Mijam ich i mówię, że jednak dojadę do mety... Jest ciepło. Pomalutku jedziemy do Alty. Wiem, że zdążymy przed upływem 3 dni. Wcześniej nawet w to bym nie uwierzył. Zakładałem sobie, że jak dojadę w 5 dni, to będzie dobrze, a i w 6 nie będzie źle. W 4 dni byłoby rewelacyjnie. Wszak w poprzednich latach takie mieli czasy ostatni zawodnicy. W zeszłym roku np. Jana Henychova w takim czasie przejechała trasę. Postanawiam zadzwonić do żony. Na saniach aktywuję telefon. Najpierw się nie zgłasza, ale później uzyskuję połączenie. Jej pierwszej chcę przekazać tą dobrą nowinę. Na pewno od kilku dni nie śpi i się o mnie bardzo z dziećmi martwią. Teraz odpoczną i na pewno będą dumni. Słyszę jej głos, jest taka zadowolona. To dobrze, to bardzo dobrze.

Do mety mam 1 kilometr ale przede mną stroma góra - podjazd do Alty. Na ostatnich kilometrach, przy bólu mięśni, taki podbieg kosztuje dużo sił. Postanawiam zmienić pierwsze psy. Tradycyjnie boję się, że Kamik będzie się płoszył w mieście. Zamieniam go na Kratalika. Zatem zaprzęg do mety mają wprowadzić 2 speed liderzy - ojciec Kratalik i jego syn Shaktoolik. Mam jednak wyrzuty sumienia. To przecież Kamika główna zasługa, że dojechaliśmy do mety. On sam będzie się jednak w tej sytuacji lepiej czuł. Wjeżdżamy na górę i tu oczywiście brak dobrego comend lidera daje znać o sobie. Kratalik i Shaktoolik uparcie chcą jechać do centrum miasteczka studenckiego, a nie do mety. Komendy nic nie dają, muszę psy nakierować na właściwy cel. Psy też nie chcą jechać poboczem drogi, gdzie jest trasa dojazdowa, a wybierają zaśnieżony asfalt. Nie walczę już z nimi, ruch tu jest niewielki, kilka samochodów się zatrzymuje i kierowcy mi gratulują.

Za 300 metrów będę na mecie. Darek czeka na mnie z polską flagą. Biorę ja i wjeżdżam na metę Finnmarkslopet.

Jakie to miłe. Słyszę muzykę na powitanie, głos spikera, zebrał się mały tłumek ludzi, wszyscy biją mi brawo. Słyszę swoje nazwisko i nazwę państwa. Myślałem, że to zniosę ale łzy same napływają mi do oczu. Nie wytrzymuję. Emocje zalewają mnie jak fala. Podbiegają do mnie jacyś ludzie ale ja mam tylko ochotę uściskać swoje psy. Teraz najchętniej bym nie widział nikogo. Tylko one się dla mnie liczą. Tylko z nimi chcę być. Nikogo więcej. Kamik, Kratalik, Shaktoolik, Fenris, dzielne suczki - Siko i Semigak, i moje największe i najdzielniejsze weell dogi - Okarnak i Omikmak. Jestem z nich dumny i tak mocno je kocham. Osiągnęliśmy to co sobie zamarzyłem - razem wszyscy dojechaliśmy do końca.

Są zmęczone ale właściwie tego nie widać. Nie kuleją, łapy są w idealnym stanie.





Jestem bardzo szczęśliwy, choć nie do końca do mnie dociera co się stało. Dostaję kamienny symbol Finnmarkslopet - taki jaki dostają ci, którzy po raz pierwszy ukończą ten wyścig. Teraz już nie będę "rookie" (żółtodziub) - teraz będę już "veteran". Udzielam jakiegoś wywiadu. Kręcę się wokół, nie bardzo wiem o co chodzi. Robione mi są zdjęcia. Po kolei członkowie ekipy telewizyjnej składają mi gratulacje. Piotrek czeka z boku. To jego chcę teraz najbardziej uściskać i na jego uścisk najbardziej czekam. W końcu się spotykamy.

Piotrze, jak dobrze, że jesteś tu ze mną. Bardzo Ci dziękuję. To także Twoja zasługa. Po tylu latach przygotowań ukończyłem trasę tego długodystansowego i najbardziej na północ położonego wyścigu w świecie - Finnmarkslopet. Myślę, że to dopiero początek...choć w tej chwili przez następne miesiące trudno mnie będzie namówić abym stanął na saniach.

10.03.2009. Wieczór. Alta. Rica Hotel.

Myślałem, że będę potrzebował snu. Ale okazuje się, że nie ma takiej potrzeby. Psy też jakoś nieszczególnie chcą odpoczywać. Po oporządzeniu zwierząt postanawiam w końcu zadbać o siebie. Od kilku dni nie zmieniałem bielizny, nie myłem zębów, jestem zarośnięty. Ręce mam wręcz czarne - m.in. od pracy przy kuchence. Jednym słowem wyglądam normalnie-jak zwykły maszer. Siadam pod prysznicem na ziemi i puszczam na siebie gorącą wodę. Szczególnie na barki. Są jak kamienie. Ledwie ruszam rękoma.

Ten ciepły hydro-masaż robi swoje. Nie wiem czy kiedykolwiek w życiu zużyłem tyle wody na kąpiel. Mam obiekcje pod tym względem. Dla ekologa to duży grzech. Ale to ciepło tak kusi i daje taką ulgę, że nie mogę sobie go odmówić. Rozchodzi się po mnie błogie uczucie. Po kąpieli, zapakowaniu wszystkich brudnych rzeczy do worka, przebraniu się w pachnące ciuchy, po ogoleniu się, umyciu głowy....przenoszę się w inny świat.

I staje się coś niesamowitego. Wydawało mi się wcześniej, że będę miał dosyć trasy i wyścigu, a teraz, zaledwie po kilku godzinach chcę tam wrócić. Zaczyna mi intensywnie brakować tego, czego doświadczałem przez ostatnie dni. Co więcej - widzę, że psy czują się tak samo. Jestem jednak chłopakiem ze wsi i z lasu, miastem mnie trudno skusić. Fakt, że to koniec przynosi mi wielki żal...

Po południu udajemy się na ceremonię zakończenia mojej trasy i końcowy bankiet. W centrum miasta duży tłum. To tu organizatorzy oficjalnie nagradzają zwycięzców, a są nimi wszyscy, którym udało się dojechać do mety. Najszybszym zawodnikiem został Arnt Ola Skjerve - młody, bardzo skromny Norweg. Przejechał trasę w 2 dni, 3 godziny i 40 minut. To rekord trasy.





Wyczytywani są kolejni zawodnicy. Na 36 pozycji jestem ja. Otrzymuję dyplom i drobne upominki. Teraz wiem w końcu w jakim czasie przejechałem trasę - 2 dni, 22 godziny i 37 minut. W sumie jakoś mnie to nieszczególnie interesuje. To, że dojechałem jest najważniejsze. Teraz można sobie odbić postne dni. W najbardziej luksusowym hotelu odbywa się bankiet dla zawodników trasy 500-kilometrowej.





Ileż tu jedzenia! Nawet dla wegetarian coś się znajdzie. Szufluję wszystko, co się da. Na trasie schudłem kilka kilogramów więc teraz trzeba nadrobić tą stratę. Kelnerka, wiedząc, że jestem wegetarianinem przygotowuje mi jakieś specjalne potrawy. Dba o mnie. Ponieważ proszę ją o tradycyjne dania otrzymuję między innymi miseczkę maliny moroszki. Piotrek zamiast jeść robi zdjęcia potraw....czyżby jakieś nowe inspiracje miały nastąpić w jego restauracjach? Jest ciepło, miła atmosfera, duuuużo jedzenia.

11.03.2009. Alta.

Dopiero po jednej dobie dociera do mnie, to co się stało. Choć i tak nie do końca. Otrzymuję z kraju mnóstwo życzeń i gratulacji. Od Justyny i rodziny są najważniejsze, wiem jak bardzo się o mnie bali i non stop śledzili wyniki.

Dużo jest życzeń od innych, polskich maszerów. Jako jeden z pierwszych napisał do nas Andrzej Ratymirski - od tak wspaniałego maszera i człowieka otrzymać pozdrowienia, to wielką przyjemność. Są też listy od osób zupełnie nieznanych. Tych związanych z psami i w ogóle nie. Cieszę się, że ich nie zawiodłem. I bardzo dziękuję za dobre słowa.

Psy już po kilkunastu godzinach chcą jechać dalej. Coś niebywałego. Jestem dumny sam z siebie, że są tak dobrze przygotowane. Już dzisiaj wiem, że nawet dłuższy dystans jest w granicach naszych możliwości. Co to znaczy dobre mazurskie powietrze, woda, naturalny ruch i karma. No i oczywiście to wszystko co istnieje między maszerem, a jego psami, a trudne jest do opisania. Kolejne dni spędzamy w Alcie w raczej relaksujący sposób. Piszę "raczej" bo pojawiają się też cienie wywołane przez tragicznie nieodpowiedzialnego człowieka. Wstyd, że ze sobą zabraliśmy osobę, która na to zupełnie nie zasługuje. Ale szkoda na to czasu...





Możemy oglądać dojazd do mety pierwszego zawodnika z trasy 1000-kilometrowej. To niezwykła kobieta! Inger-Marie Haaland. Wygrała ze wszystkimi sławami. W dodatku po raz pierwszy startowała w wyścigu. Pod jej urokiem są wszyscy. Dojrzała kobieta z niezwykłym entuzjazmem, uśmiechem i warkoczykami małej dziewczynki. Nikt, kto naprawdę nie poznał osobiście trudów tego wyścigu nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić co musiała przezwyciężyć. Od samego początku trudno jej było nie zauważyć. To 200%-towa, współczesna córka Wikinga. Tak wygląda, a teraz wiem, że i taką ma siłę. Przy maratonach dobrze widać, że siła tkwi w głowie, nie w mięśniach. Dlatego długi dystans zawsze mnie fascynował i ja mam go swojej głowie. To w maratonie siła przechodzi prawdziwą próbę.





Oglądam szczegółowo jej psy. Nie wykazują dużego zmęczenia. Zachowują się tak normalnie. To ciągle fenomen, który mnie zadziwia. Jestem pod wrażeniem siły natury i ich możliwości.





W końcu mamy czas na robienie zdjęć. Organizujemy kilka wypraw fotograficznych. Trzeba wykorzystać ten moment. Już za kilka dni będziemy wyjeżdżać na południe. Zadaję sobie pytanie: kiedy tu wrócę?...mam nadzieję, że niedługo... Wyjeżdżam też z psami na krótką przejażdżkę. Mój zaprzęg zachowuje się tak jakby ostatnie tygodnie w ogóle nie trenował, a psy mają ogromną ochotę do pracy. W powietrzu jednak czuć nadchodzącą wiosnę. Temperatury o tym nie świadczą, a raczej klapki na nogach Norwegów i ich lekkie koszulki. Czas wracać do domu.

20.03.2009. Polska

Niezmiernie ciepłe przyjęcia czekały na nas wszędzie, gdzie się pojawiliśmy. Najpierw w siedzibie Gazety Olsztyńskiej, później w naszych domach, wśród znajomych, w mediach, internecie. W lesie zatrzymują mnie parokrotnie leśnicy- wszystko wiedzą bo śledzili cały wyścig. Oni o moich przygotowaniach wiedzą najwięcej - widzieli mnie często trenującego na swoich leśnych szlakach. Władze Gminy Banie Mazurskie składają mi oficjalną wizytę. Przychodzą pozdrowienia od Karola Okrasy z którym razem gotowaliśmy ciasteczka na wyprawę (oczywiście zjedzone do ostatniego) i wielu innych. Wszystko jest bardzo miłe, choć mam wrażenie, że ja na to nie zasługuję, przecież nic wielkiego się nie stało. Cieszy mnie bardzo to, że mogliśmy innym sprawić trochę miłych chwil, a ich energię czułem z psami w nogach.

Przed nami sporo działań związanych z wyprawą - wystawa fotograficzna, film dokumentalny, seria spotkań autorskich...

W głowę zaprząta mi też inna sprawa.... kolejny wyjazd na północ. Jeszcze nie ochłonąłem po powrocie z jednego, a już w głowie się tli następny cel...

Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk





Wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki serdecznie dziękuję w imieniu swoim, ekipy i oczywiście psów.

 
  • Wyprawy

  • Finnmarksløpet

Wyprawy Biegnącego Wilka Zapraszam do zapoznania się z informacjami na temat moich wypraw...

Finnmarkslopet 2009 Wspomnienia Biegnącego Wilka z Finnmarkslopet

Odgłosy naszych wilków